Zbiórka Błagam pomóżcie mi wrócic... - miniaturka zdjęcia

Błagam pomóżcie mi wrócic...

Weronika Kaźmierska-Kinitz - awatar

Weronika Kaźmierska-Kinitz

Organizator zbiórki

PROSZĘ PRZECZYTAJ NASZA HISTORIĘ DO KOŃCA...TEGO JEST DUŻO ALE  TYLKO TAK ZROZUMIESZ SKĄD SIĘ TUTAJ WZIĘŁAM I BĘDZIESZ MÓGŁ/MOGŁA PODJĄĆ DECYZJĘ CZY CHCIAŁABYŚ/CHCIAŁBYŚ NAM POMÓC...


Witajcie. 

Jestem Weronika mam 29 lat. Mam obecnie dwójkę dzieci- córkę Olę, która ma 9 lat i jest dzieckiem niepełnosprawnym ( Zespół Downa Wodogłowie i Autyzm) oraz synka Michasia, który ma roczek i jest dzieckiem silnie alergizującym od urodzenia zmagającym się z silnym zapaleniem jelit.

To jest nasza historia, dla Was abyście mogli zdecydować czy chcielibyście Mi / Nam pomóc wrócić do życia bez bagażu jaki się nazbierał na przestrzeni lat.

Jest mi ciężko o tym pisać, jednak myślę, że dla moich dzieci jest to jedyna szansa by znaleźć pomoc w innych ludziach o dobrych sercach co sprawiłoby, że moje dzieci odzyskają mnie - mamę, dla której są najważniejsze na świecie i która poświeci siebie by one mogły być zdrowe i szczęśliwe tylko na tym mi zależy ale także na tym by mój mąż odzyskał żonę  a ja kobietę, która we mnie kiedyś była... wiem jak on cierpi kiedy ja w natłoku problemów stałam się osobą nie mającą dla niego czasu...

Byliśmy zwariowaną parą,  ja miałam 19 lat On 23... pobraliśmy się w 2008 roku i oczekiwaliśmy na narodziny córeczki, jednak nasze szczęście trwało krótko ... 10-06-2008 podczas rutynowej wizyty u ginekologa okazało się, że moja córka ma Wodogłowie... na drugi dzień byłam już w Poznaniu na oddziale patologi ciąży gdzie wykonali badania próbując dojść jak to się stało, że nasze dziecko jest chore... po licznych badaniach i czekaniu na wyniki okazało się, że nasza córka ma również Zespół Downa najcięższa odmianę  tego zespołu... każda z przekazywanych nam informacji była kolejnym coraz głębszym ciosem.  Cała rodzina płakała razem z nami.  Lekarze mówili, że dziecko nie przeżyje nawet doby, że są poważne i liczne deformacje... jeśli jakimś cudem by przeżyła, byłaby roślinką.... nie zliczę wylanych łez i myśli o tym, że muszę urodzić upragnione dziecko aby zaraz potem je pożegnać... nie zgodziłam się na wcześniejsze zakończenie ciąży! Chciałam być z nią jak najdłużej...  Chciałam umrzeć by jej dać życie niestety taka zamiana nie wchodziła w grę... To było straszne nie wiem jak to przeżyliśmy...

Nadszedł dzień porodu... tak bardzo chciałam zatrzymać Olę przy sobie, że kłamałam w szpitalu, że nie mam skurczy, że nie rodzę.... Chciałam by została ze mną......

Nadszedł ten moment i Ola urodziła się a zamiast ciszy , na którą mnie przygotowano usłyszałam 3 krzyki nowo narodzonego dziecka, naszej córeczki, widziałam jej sine ciałko obrócone tyłem do mnie a moja jedyna myśl "czy mój mąż też z korytarza to słyszy?  czy ja mam urojenia?.... ale jak to? przecież ona miała umrzeć to czemu płacze? to znaczy... że  żyje?"  Mijał czas... usłyszałam rozmowę pielęgniarek, że córka otrzymała 8 pkt w skali Apgar... kolejny szok... nie wiedzieliśmy co myśleć.... nie rozumieliśmy nic z tego co się wtedy działo a  gdy już mogłam się ruszyć mąż zawiózł mnie na wózku do naszej córki na OIOM  gdzie czekała lekarka, która chciała nas przygotować i opowiedzieć co się dzieje i jak może być dalej ... rozmowa z lekarzem była najtrudniejszą rozmową jaką na tamten czas było mi przeprowadzić... Jednak dawała nam nadzieje, dwie doby... tyle czasu miało decydować o życiu naszej córki...

Z OIOM-u Ola wyszła  po 2 tygodniach na oddział opieki pośredniej i żyła, walczyła,  nie poddawała się,  zaczęła oddychać samodzielnie a sondę zamieniła na butelkę, co było ważnym wydarzeniem i znakiem, że będzie mogła jeść jak inne maleństwa... Gdy miała trzy tygodnie pierwszy raz mogłam ją wziąć na ręce,  przytulic,  przewinąć i nakarmić...to było już kilka cudów...  to jest przeżycie nie do opisania... w 4 tygodniu życia miała zakładaną zastawkę dokomorowo - otrzewnowa na oddziale już neurochirurgii w Poznaniu.... Następne lata mijały nam głównie na szpitalach, operacjach, rehabilitacji... Ola zaczęła stawiać  pierwsze kroki mając trzy latka.... niewiarygodne jakie szczęście wtedy czuliśmy... jakie szczęście ogarniało nas z każdym najmniejszym sukcesem.... każdą kolejną umiejętnością  naszej córeczki..... Odmieniła nasze życie, życie wszystkich dookoła...

Dziś Ola ma 9 lat... żyje... choć jej życie wielokrotnie było zagrożone... rozwija się i osiąga kolejne sukcesy... nie wyobrażam/-y sobie innego życia...  Nie wyobrażam sobie innej Oli -zdrowej... To jest nasza córka i zrobimy wszystko aby była najprościej mówiąc szczęśliwa nie zważając na konsekwencje jakie musieliśmy  ponieść...

Ola ma masę towarzyszących chorób... wadę wzroku, cukrzycę na etapie monitorowania, bezdechy nocne, wiotkość krtani, przestawioną miednicę, kłopoty z kolanami i końskoszpotawymi stopami... wkrada się niedokrwistość, wiotkość na przemian z wzmożonym napięciem.... dbamy o to by nic jej nie zagrażało, jednak żyjemy jak na bombie, nigdy nie wiemy co się może wydarzyć każdego dnia.... a na wszystko musimy być gotowi... aby zareagować i ją ocalić a jednocześnie mocno pracujemy by była możliwie jak najbardziej samodzielna i szczęśliwa...nie jednokrotnie patrzyliśmy jak z trudem łapie oddech a ja krzyczałam "błagam Cie oddychaj zdążymy"... 

 W 2013 roku mój mąż miał wypadek.... obrażenia mózgu i ciała nie dawały mu szans na przeżycie... Był w śpiączce podłączony do respiratora... Kolejny koszmar jaki na nas spadł..... Żegnaliśmy się z nim tak jak kiedyś z Olą... Dzięki Bogu tylko i wyłącznie - mój mąż przeżył i z czasem walczył by nauczyć się wszystkiego od nowa i swoją wiara i siłą teraz jest człowiekiem, który dostał szanse i ją wykorzystał... jest z nami a tamten czas włożyliśmy do skrzynki wspomnień,  której nie chcemy  otwierać.... Mąż walczył o siebie i wygrał a to kolejny cud...

W krótkim czasie to ja zachorowałam... Jeździłam po całej Polsce, nikt nie umiał mnie zdiagnozować a choroba mogła sprawić, że któregoś dnia po prostu się uduszę w dzień lub w nocy i już się nie obudzę.... każdego dnia kiedy kolejno moje organy odmawiały posłuszeństwa... słabłam z dnia na dzień a jak dotrwałam do wieczora błagałam ostatnimi siłami Boga by dał mi szanse....  żebym mogła żyć dla mojej córki,  że ona nie może zostać sama.....bo kto ja poprowadzi jak nie ja...

Przy pomocy terapii ziołowymi preparatami  z Czech zaczęłam powoli wracać do formy...nie wiem jak to możliwe ale stało się... Trafiłam na to leczenie nie mając sił nawet wstać i  się umyć... Z czasem choroba jednak odpuszczała...

Bardzo się bałam ale podjęliśmy decyzję o drugim dziecku i kiedy w końcu po diagnozie, że nie mogę mieć już dzieci nagle okazało się,  że jestem w ciąży nie posiadaliśmy się ze szczęścia... Czekaliśmy na to 8 długich lat i  tym razem miało być "normalnie,spokojnie"... Ciąże od początku przechodziłam źle, leżąc większość czasu...i od początku była zagrożona... Chcieli mi w 5 tygodniu nawet ciążę usunąć, mówiąc "nic z tego nie będzie" ale trafiłam przed zabiegiem na lekarkę,  która uratowała nam dziecko...tzn okazało się podczas badania przygotowującego do usunięcia ciąży, że serce naszego synka bije...

Potem kiedy już Michaś przyszedł na świat byliśmy znów szczęśliwi... niestety i te chwile nie oszczędziły nas... Po 1 dobie Michaś całe dnie i noce płakał nikt nie wiedział co mu jest nie uspakajał się ani przy piersi ani dokarmiony przez pielęgniarki... krzyczał wyginał się... z czasem gdy nakładały się kłopoty z brzuszkiem, żołądkiem, jelitami i skórą na której powstawały aż odleżyny udało nam się dostać do Pani Profesor, która natychmiast jak Michaś miał 4,5 miesiąca skierowała nas w końcu na badania... 

Syn przyjmując specjalistyczny pokarm za ogromne pieniądze  z czasem czuł się lepiej. Nasza walka nadal trwała i trwa ale stan kliniczny się poprawia powoli i Michaś zaczął żyć jak inne dzieci niestety przyjmuje określone pokarmy i cały czas jest pod obserwacja jest nadzieja, że kiedyś może za rok dwa trzy... Jego stan się ustabilizuje i posmakuje więcej pokarmów i daj Boże aby tak było niestety on również wymaga częstych wizyt i czasem leków, które muszą w jego przypadku omijając układ pokarmowy więc przeważnie są to zastrzyki...

Wizualnie ani po moim mężu ani dzieciach nie widać tego co mają/mamy w sobie... i po jakich są przejściach a ja staram się aby ludzie myśleli,że jestem silna...wcale nie jestem ale moja rodzina jest sensem mojego życia i chce dla nich jak najlepiej i walczę o to każdego dnia i będę to robiła do samego końca....

Nie mogę powiedzieć,  że nie miałam czy nie mam pomocy bo jakaś zawsze była jednak w ciężkich chwilach nie było nikogo kto zapytałby się czy nie trzeba nam pomoc fizycznie lub finansowo. Każdy wyrażał troskę niestety nie dochodziło do czynów... Ludzie boją się pytać nawet kiedy widza,że pomocy potrzebujesz... czasem poprosisz o nią a im ciężko spróbować chociaż wesprzeć pomoc Ci znaleźć rozwiązanie...

Mój mąż przez pierwsze 7 lat naszego małżeństwa pracował w delegacjach.. Myśleliśmy, że to nam pomoże a nie dość, że nie starczało nam nadal na życie i leczenie córki to jeszcze jako para ucierpieliśmy oboje na życiu oddzielnie... Podjęliśmy decyzję, że mąż wróci do nas... jednak to nie był koniec problemów. Mąż miał kłopoty z praca, nie dostawał stałych umów żyliśmy z dnia na dzień a każdy obiecywał, że praca jest a na końcu zostawał zwolniony z innymi którzy też byli na chwilę.... Wydatki cały czas rosły a kiedy pojawił się synek były jeszcze większe...

Próbując zdiagnozować synka popadliśmy w ogromne kłopoty finansowe musieliśmy zrobić wszystko by pomoc naszym dzieciom każdy rodzić by tak zrobił..... Nazbierało się dużo kredytów, których nie byliśmy  w pewnym momencie w stanie spłacać, gdyż mój zasiłek oraz męża okresowe dochody nie starczały na pokrycie wszystkich kosztów leczenia dzieci jak i zwyczajnego życia.. 

Tym sposobem musiałam wyjechać nie miałam już sił.... żadnych możliwości i wizji  na poprawę naszego życia. Nie miałam także się do kogo zwrócić kiedy sytuacja tylko się pogarszała.....

Podjęłam najtrudniejszą decyzję w moim życiu jedną w tych najtrudniejszych....Nie miałam innego wyjścia żeby coś zmienić, musiałam znów poświęcić siebie dla mojej rodziny...

Wyjechałam do Anglii całkiem niedawno... Niestety na  tą chwilę nie mam nadal pracy, chodzę z agencji do agencji a pracy nie dostaje,  próbuję troszkę sprzątać domy i intensywnie szukam zatrudnienia jednak nie jest to tak łatwe jak myśleliśmy....zobowiązania rosną z każdym dniem a ja nie zarabiam.....

Bardzo brakuje mi dzieci... Z Olą zawsze byłam. Nigdy jej nie zostawiałam na tak długo a teraz synek skończył roczek kiedy ja już tydzień przebywałam poza Polska... To są trudności nie do opisania... Serce mi pęka ale wiem,że  muszę wytrzymać i zrobić wszystko by moje dzieci nigdy więcej nie widziały na mojej twarzy  bezsilności. Mam nadzieje ze starczy mi sil by im to zapewnić...Jakim kosztem  to tylko ja wiem i nikomu tego nie życzę...

Kiedy przypadkiem dowiedziałam się o tej stronie postanowiłam opisać tutaj swoja sytuacje licząc, że być może znajdzie się ktoś kto sprawi, że będę mogła wrócić do dzieci jak najszybciej i pożegnać to co mnie niszczy od środka...moje życie polega na ogromnym stresie, strachu i świadomości, że to ja muszę walczyć... 

Tego jest dużo,  rosło to wiele lat.. ale nadal mam nadzieje, że kiedyś moja rodzina będzie w komplecie a te kłopoty nas opuszczą... Myślę,że każda matka na moim miejscu również  by tak postapiła jakby chodziło o jej rodzinę .

Jeśli chciałbyś/chciałabyś nam pomoc zapraszam...Boję się, że  moje dzieci mogą mnie zapomnieć, bo takiej kwoty nie zarobie w kilka miesięcy... ;-(((( a każdy dzień bez nich jest koszmarem...

Proszę pomóż mi wrócić do domu, do dzieci które mnie potrzebują....   

Dziękuje za to,że przeczytałaś/ przeczytałeś naszą historię a jeśli zdecydujesz się nam pomóc to pamiętaj, że dzięki Tobie nasza rodzina będzie szczęśliwa... Do końca życia będziemy wdzięczni, że kogoś nasz los jednak interesuje.. 

Kiedy pomagam zawsze innym...czy to pomoc materialna czy psychologiczna kieruję się zasadą, że dobro zawsze wraca... Dziś jestem w punkcie kiedy to ja proszę by ktoś pomógł mojej rodzinie...

Weronika Kaźmierska-Kinitz - awatar

Weronika Kaźmierska-Kinitz

Organizator zbiórki

Wpłaty - 0

Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas

Jak to działa?

1

Stwórz zbiórkę

Podaj kwotę, uzupełnij opis, gotowe!

2

Udostępnij

Zapraszaj do wsparcia zbiórki.

3

Zbierz pieniądze

Wykorzystaj najlepsze narzędzie w sieci.

Pomagam.pl wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej

Zamknij