
We wtorek po godzinie 15:00 skończyłam trening z Dosem. Odprowadziłam go i poszłam na tort bo akurat był to dzień urodzin Lidki. O godzinie 18:00 poszłam na karmienie i Dos leżał. Zadowolona zaczęłam iść w jego kierunku w drodze klikając, aby go uwarunkować na leżenie, jednak podchodząc bliżej zauważyłam rozszerzone nozdrza, ciężki oddech i niechęć do wstania. Zmusiłam go aby jednak się podniósł i poprosiłam koleżankę żeby z nim pochodziła, gdy ja pobiegłam po Lidke. 10 minut później zostało mu zmierzone tętno, które było lekko podniesione, został osłuchany oraz dostał rozkurczowe i przeciwbólowe. Lidka zadzwoniła po weta a ja w wierze, że to tylko kolka-poszłam z nim na spacer. Niestety ból nie przechodził. Ruszał nerwowo szczęką, grzebał mocno w ziemi i bardzo chciał się położyć. Raz po prostu upadł nie dając nawet znaków, że będzie się kładł.

18:40 był weterynarz. Dos dostał kolejną dawkę przeciwbólowych, temperatura w normie, tętno już mocniej podwyższone. Wykonano badanie rektalne i wtedy usłyszałam dość nerwowe jak na weterynarza „o kurde on jest przemieszczony w prawo” na co równie nerwowo odpowiedziałam ja „CO TO ZNACZY???”.
Dla tych, którzy również nie wiedzą, oznacza to, że okrężnica (czyli kawałek jelita grubego) wcisnęła się między jelito ślepe a ścianę brzuszna czyli łopatologicznie-skręciły mu się kichy tym samym uniemożliwiając wydalanie stolca. Następnie poznałam nowe narzędzie jakim jest dutka i zostało wykonane wprowadzenie rurki do żołądka w celu odessania treści/refluksa. Refluksa brak a treści nie chciały wyjść.

Godzina 20:40 jedziemy do szpitala. Służewiec ma źrebaka w ciężkim stanie, SGGW otwartego konia na stole. Brak możliwości przyjęcia konia. Jedziemy do Wrocławia. Gaz w podłogę i 3:40 dojechaliśmy. Po wyładowaniu konia myślałam że zemdleje z emocji (bałam się, że otworzę przyczepę i zastanę leżącego konia) i z przerażenia tym jak zalany potem i pełny bólu jest mój ukochany koń, który już dawno byłby po operacji gdyby tylko było miejsce w szpitalu w Warszawie. Na miejscu pobrali krew, zrobili usg jamy brzusznej, podali przeciwbólowe, następnie sedacje i powtórzyli próby odsysania treści z żołądka. Jak się później okazało, jelito było tak skręcone, ze blokowało przepływ krwi-dlatego koń nie reagował na leki co utrudniało wszystkie procedury bo przecież koń okrutnie cierpiał i nie rozumiał, że chcemy mu pomóc. Do tego wszystkiego był tak zagazowany, że zaczęło uciskać na układ oddechowy.
„Zapraszam Pania do biura” było początkiem jeszcze większego horroru. Tam dowiedziałam się, że tętno Dosa wynosi blisko setki i przez to nie kwalifikuje się do operacji bo to z miejsca jest wyrok na jego życie. Płytki krwi w krwiobiegu były w krytycznie małych ilościach bo odchodziły do jamy brzusznej. Ten zatkany przepływ krwi więc brak reakcji na leki, koń w cierpieniu, koń w bardzo złym stanie. Analiza mleczanów i szereg innych nazw, które słyszałam pierwszy raz w życiu. „Koń jest w bardzo złym stanie, musimy czekać na doktora Golonkę”. Wszystko działo się tak szybko a jednocześnie tak wolno.
Koń poszedł na lonżownik a 30 min później przyjechał wyczekiwany chirurg. Zrobił punkcję jelita ślepego (koszt 4 tysięcy) w celu pozbycia się gazów. Udało się. Tętno z 96 na książkowe co równa się kwalifikacji na operację od strony anestezjologicznej.
Tutaj był moment w którym musiałam przedstawić potwierdzenie przelewu na kwotę 7 tysięcy aby operacja się rozpoczęła. Zajęło nam to 10 minut (z tego miejsca dziękuję mamie oraz osobom które chcą zostać anonimowe, że bez zastanowienia wyciągnęły brakującą mi kwotę).

Idąc na operację miał 50/50 szans w zależności od tego co znajdą w jelicie. Jeśli to gazy to miało być wszystko ok, a jeśli płyn tzn że zaczęło się zbierać osocze co oznaczałoby, że jest brak płytek krwi i tym samym jedyne wyjście to eutanazja. Ta pierwsza część operacji miała trwać około godzinę. Po godzinie w poczekalni zasnęliśmy (była 9 rano a my nie spaliśmy od 6 dnia poprzedniego). Zasnęliśmy z nadzieją a wręcz pewnością, że skoro ciągle nic nie wiadomo to na pewno były to gazy i automatycznie operacja trwa dalej a ja zaraz zobaczę Dosa i poczuje jego zmęczone ale cieple chrapki. Godzinę później obudził nas Doktor z informacją, że 3 metry okrężnicy były pełne skamieniałej treści pokarmowej, która zalegała tak długo, że doprowadziła do uszkodzeń ścian jelita, które podczas oczyszczania i masowania rozpadło mu się w rękach co skutkuje uśpieniem pacjenta.

I tutaj mamy koniec tej tragicznej historii Dosa a na tle wszystkiego co było wcześniej tak naprawdę początek mojej. Wiecie… zasypiałam z pewnością, że skoro tyle to trwa to na bank jest wszystko ok a nagle usłyszałam zlepek liter wyhaczając „przykro mi, muszę pacjenta uśpić” i poczułam kłucie w każdym centymetrze swojego ciała. Mózg wysłał do niego tak mocne sygnały, że gdyby nie obolała szczęka, siniaki i całe ciało w zakwasach dnia dzisiejszego to nawet bym nie pamiętała mojej reakcji.
I tutaj kochani pojawia się moja intencja tej zbiórki… zapełniając pasek złotówka po złotówce, pozwolicie innym mieć nadzieję, że nie mając 20 tysięcy w kieszeni mogą podjąć się leczenia ukochanego przyjaciela. Że 50% szans to bardzo dużo i że warto walczyć. Nam się nie udało ale znam wiele historii gdzie operacje kolkowe zakończyły się pozytywnie. Pokażmy, że w takich sytuacjach pieniądze to rzecz materialna, warta ryzyka.
Robiąc to, oczywiście jednocześnie pomożecie mi przeżyć moją prywatną, okropnie bolesną żałobę bez dodatkowego strachu, że zostaje z długiem nie na moją kieszeń.
Już dziś dziękuję z całego serca za słowa wsparcia i otuchy, chęć pomocy fantami na bazarek (który również dziś powstanie) oraz każdą złotówkę wpłaconą tu na zbiórkę.
Ciągle czekam na fakturę jednak od jej wystawienia mam tylko 14 dni na spłatę stąd zbiórka na kwotę, która wiem już dziś, że istnieje. Fakturę z ceną docelową dodam jak tylko ją dostanę. Według informacji jakie dostaliśmy na miejscu, koszt całkowity szacujemy na około 17.000 zł.
Na dzień dzisiejszy koszta przedstawiają się następująco:
843 zł za leczenie przed wyjazdem do szpitala

x zł za przyjęcie konia i leczenie przedoperacyjne (krew, biochemia, usg, podane leki)
4 tysiące za punkcję jelita ślepego
7 tysięcy za „pierwszą część operacji” czyli do momentu odkrycia czy to gazy i operujemy dalej czy płyn = eutanazja
x zł za dalszą część operacji
1.5 tysiąca eutanazja
x zł za opłatę dyżuru nocnego
oraz tysiąc złotych za transport
Z tej kwoty wpłaciłam 7 tysięcy z czego tylko 2 było z „mojej” kieszeni. Resztę muszę oddać. Co łącznie na dzień dzisiejszy daje nam 12.343 tysięcy złotych.

Przepraszam, że nie wszystkim odpisałam ale… zwyczajnie niektóre wiadomości wbijały się w moment, gdy nie miałam na to zupełnie mocy.
A do każdego kogo poruszyłam… spójrzcie proszę w niebo i wyślijcie myślami marchewkę lub jabłuszko dla Dosa.
Dziękuję,
Gabi
Twoje słowa mają moc pomagania! Wpłać darowiznę i przekaż kilka słów wsparcia 🤲
Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas
Załóż darmową zbiórkę pieniędzy dla siebie, swoich bliskich lub potrzebujących!
Maja
❤️
Elżbieta Lubera
Łączę się w bólu i płaczę😭 Walczyłabym tak samo - bez względu na koszty.
Aleksandra Niewiarowska
Trzymaj się Gabi 🖤🐴
Anonimowy Darczyńca
Dosiek trzymaj się tam. Dobrej marcheweczki 😊🥕🥕
Magdalena
Bardzo mi przykro. Trzymają się 💔