
Na zdjęciu jest Rysio. Mój jedyny towarzysz w życiu. Przyszdł do mnie kilka lat temu. Najpierw na kolację. Za kilka dni na obiad. Któregoś wieczoru ociągał się z wyjściem i został do śniadania.
Teraz on choruje, a ja od miesiąca nie mam pracy.
Po zakończeniu umowy w jednym miejscu , miałam płynnie wskoczyć w inne- tak się nie stało.
Mam 44 lata, jestem osobą z orzeczeniem w stopniu umiarkowanym.
Nie mam pieniedzy na swoje leczenie, uczę się żyć i akceptować to, ze jest mi trudno, że tak już bedzie do końca. I że do końca bede sama.
Symbol to 02P. Od przeszło 25 lat.
Moja choroba nie złamała mi życia nagle i gwałtownie- żyłam z nią widząc jak odbiera mi barwy, odebiera zdrowie fizyczne, 80 procent uzębienia. Odebrała ludzi, szansę na rodzinę, ambicje, marzenia. Odebrała plany, wiarę w siebie...poczucie stabilnosci i pewnosci. Odebrała rzeczy o jakich nie wiem.
Ale tez coś dała: odporność na głód, na ciosy, odporność na ból który jest nieodłączną częścią mojej codzienności-więc noszę w sobie mnóstwo blizn i kolka otwartych , nadal sączących się ran.
Dała też umiejętność stania na krawędzi...ale już nie mam siły utrzymywać równowagi. Zwłaszcza gdy obywam kolejne kopniaki
Dziś straciłam możliwość podpisania umowy o pracę - taką zwykła, z najniższą krajową, zusem i prawem do urlopów. W państwowej instytucji. Wszystko zapięte na ostatni guzik...a jednak w ostatnim momencie, przyszłą pracodawczyni się wycofała. Zapytałam ją potem dlaczego 'coś jej nie grało"- jak powiedziałą zaniepokoiła się moją niepewnością, strachem w oczach, wycofaniem...bo zapomniałam jednego kwitka, ot błahostka jaką można naprawić w 30 minut -dla mnie urosła do rangi być albo nie być. I słusznie , bo pomimo dostarczenia go ... już się zachwiałam, przestałm reagować adekwatnie. Potem kilka słów -jak podmuch wywróciło mnie na ziemię. Dlatego padły słowa: "my się na panią nie zamykamy, pani Justyno, ale proszę po prostu wrócić jak będzie pani w lepszej formie".
W lepszej formie...po kolejnym upadku.
Nadal sytuacja wydaje mi się tak absurdalna, ze trudno mi ją opisać.
Musiałam jednak spojrzeć na czym stoję : nie mam pracy (od 36 dni), od 6 nie mam ubezpieczenia, nie mam oszczedności-jedyne środki jaki posiadam miały być na czynsz -uciułałam je sprzedając ubrania, łapiąc drobne fuchy -bo Ryś mussi coś jeść.
Ja umiem sobie zapewnić jedzenie. Umiem je znaleźć. Dosłownie. I zawsze dzielę się nim z potrzebującymi - to ważne dla nich, ale przede wszystkim dla mnie.
Jednak to wszystko co na te chwilę potrafię. Co mogę.
Ryś choruje -ma chore nerki, miesiąc temu przeżyłam chwile grozy jadąc z nim do weterynarza-niegdy wczesniej nienbyło takiej potrzeby, poza sterylizacją z Budżetu Obywatelskiego.
Koszty Rysiowego schorzenia -dla mnie -ogromne - udzwignełam, z myślą: przecież zaraz złapię pracę...nie złapałam. "Zacisnę pasa". To nie wystarczyło.
Dziś nie mam na czynsz. Boję się jutra. Boję się wykonać jakikolwiek ruch. I boję się pozostać w bezruchu.
Za chwilę wylądujemy na dworze. Może wczesniej wybłagam jakiś dom dla niego, to kot -humanista. Wpatrzony w człowieka, chodzi za mną krok w krok. Uczy mnie obecności, szanując jednoczesniej moją przestrzeń.
Nie chcę tracić Rysia, nie chce tracić domu. Słyszę jak chrapie. Jego chrpanie, westchnienia przez sen, są dla mnie DOMEM.
Nigdy nie prosiłam otwarcie ludzi o pomoc...ale teraz już nie wiem co robić.
Potrzebuję odbić się, wstać, uwierzyć, spojrzeć jasnym i pewnym spojrzeniem w oczy inne niż kocie.
Mam 44 lata i nie mam nic ponad to.
Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas


Gdy świat się wali, dajemy nadzieję ❤️ Wspieramy chorych w pozyskaniu środków na leczenie, pomagamy zwierzętom i reagujemy natychmiast w pilnych sytuacjach kryzysowych 🚨
Jak odmienić los tysięcy potrzebujących za darmo?
✅ Wybierz Fundacja Pomagam.pl na liście OPP w rozliczeniu PIT.
✅ Wpisz nasz numer KRS 00 00 353 888 w deklaracji PIT.
Dla Ciebie to rubryka. Dla nich szansa, by przetrwać najgorsze.