

Przedstawiam Wam Yosmari – moją wielką przyjaciółkę, dziewczynę z Wenezueli, Latynoskę, której życie odebrało zbyt wiele… Odebrało dzieciństwo, spokój i poczucie bezpieczeństwa. Yosmari jako 22 letnia dziewczyna jest ofiarą gwałtu i przemocy – rzeczy, których nikt nigdy nie powinien doświadczyć. A jednak, mimo tylu ran, nie straciła dobra, ciepła ani marzeń. Wciąż ma w sobie ogromne serce, piękną duszę i niezwykłą wrażliwość.
Proszę Was z całego serca – pomóżmy jej zawalczyć o nowe życie, w którym będzie mogła poczuć się bezpieczna, spokojna i wolna od lęku.
Znam jej historię od lat, ale dopiero teraz poprosiłem ją, by spisała ją dla Was – w nadziei, że ktoś po drugiej stronie usłyszy jej cichy, ale pełen siły głos.
Poniżej znajdziecie jej prawdziwą autobiografię. Warto ją przeczytać.
"Nazywam się Yosmari. Mam dwadzieścia dwa lata. Pochodzę z Wenezueli, z miasteczka Barinas – miejsca pełnego życia, barw i sprzeczności, które na zawsze pozostanie wyryte w moim sercu, choć przedewszystkim w cierpieniu.
Wychowywali mnie dziadkowie ze strony ojca. Matka oddała mnie im, gdy miałam zaledwie sześć miesięcy życia. Moje dzieciństwo spędziłam otoczona miłością, jaką dali mi dziadkowie, którzy traktowali mnie jak własną córkę. Wspólnie dorastałam z ośmiorgiem moich wujków, wśród których był też mój ojciec. Wydawało się, że świat jest ciepły i bezpieczny – aż do momentu, gdy miałam dziewięć lat, a mój spokojny świat zaczął się rozpadać na kawałki.To, co miało być dziecięcą niewinnością i beztroską, zmieniło się w koszmar, którego nie potrafiłam zrozumieć, a który ciąży na mnie do dziś.
Pewnego dnia, jak zawsze, przygotowywałam się do szkoły. Usiadłam przed starym telewizorem moich dziadków, by obejrzeć „El Chavo del 8”. Nagle poczułam wilgoć na nogach. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że jestem cała we krwi. Ogarnął mnie strach, zaczęłam krzyczeć, nie rozumiejąc, co się dzieje.Babcia, która jeszcze nie wyszła do pracy, usłyszała mój płacz i przyszła do mnie. Ale nie potrafiła mi tego wytłumaczyć. W końcu zawołała sąsiadkę, która łagodnym głosem powiedziała mi, że to moja pierwsza miesiączka. Pokazała mi, jak mam używać podpaski. Nie wiedziałam, że to jest moment, w którym dzieciństwo zaczęło odchodzić, a wraz z tym przyjdzie mój koszmar.
Miałam dziesięć lat, kiedy wujek zaczął patrzeć na mnie... inaczej. Jego wzrok śledził mnie, głodny i niebezpieczny. Pewnego dnia, gdy szedł do łazienki, gwałtownie złapał mnie za ramię. Wciągnął mnie do środka. Zrobił rzeczy... rzeczy, które złamały wszystko, co powinno być między nami święte. Byłam tylko dzieckiem. Zrobił coś potwornego... coś, czego wujek NIGDY nie powinien zrobić siostrzenicy. To działo się znowu... i znowu. Przez miesiące. Milczałam. Bo wciąż słyszałam jego głos, pełen zimnej przemocy: "Piśniesz słówko? Zabiję. Ciebie albo dziadków. Wybieraj". Żyłam w ciągłym przerażeniu, że spełni tę obietnicę.Pewnego dnia nie przyszła mi miesiączka. Gdy poszłam do łazienki, zobaczyłam duży skrzep krwi — to był mó jporoniony płód. Pokazałam to wujkowi, a on, zamiast okazać wsparcie, jeszcze bardziej mnie zastraszył.
Nie wiedziałam wtedy, że kobieta, która mnie wychowuje, nie jest moją prawdziwą matką.Od tamtej pory wujek zaczął mnie pilnować. Żadnych wyjść. Zero przyjaciół. Tylko kuzyni – moja klatka. Milczałam, sparaliżowana strachem. Nie mogłam nikomu wyjawić prawdy. A potem... uderzyło jak grom: "Matka" to babcia. Całe życie– jeden potworny fałsz. Wściekłość rozdarła mnie na strzępy. Decyzja była jedna: uciekać. Do niej. Do prawdziwej matki. Ocalić resztki siebie i honoru.
Co niedzielę błagałam ją, by mnienie wysyłała z powrotem do babci, ale ona nie wiedziała, dlaczego tak bardzo się boję. Myślała, że to tylko kaprysy.Gdy miałam dwanaście lat, mama zaakceptowała mojego pierwszego chłopaka. Wujek wściekł się na nią, gdy się o tym dowiedział. Prawie dziesięć lat temu, we wrześniu, zastrzelono go. Za narkotykowe długi. Ulga. Kamień spadł mi z serca. Uwierzyłam, że koszmar się skończył. Że już nikt mnie nie skrzywdzi. Że teraz będzie już dobrze. Ten spokój był złudny.
Z całych sił próbowałam żyć „normalnie”, tak jak inne dziewczyny w moim wieku. Wróciłam do szkoły, udawałam przed światem, że jestem zwyczajną nastolatką — jakby to, co się wydarzyło wcześniej, nigdy nie miało miejsca. Ale wewnętrznie byłam już zupełnie kimś innym — poharataną, skrzywdzoną dziewczynką w ciele młodej kobiety.Miałam niespełna piętnaście lat, kiedy zaszłam wciążę… i nawet o tym nie wiedziałam. W moim świecie nie było rozmów o ciele, o ciąży, o dorastaniu. Żyłam w nieświadomości— aż do dnia, kiedy wszystko się zmieniło. Mama wyprawiła mi skromne piętnaste urodziny, próbując przez chwilę udawać, że jesteśmy szczęśliwą rodziną. A trzy miesiące później —przez nieoczekiwaną ciążową zachciankę — odkryłam, że pod sercem noszę dziecko. Gdy dowiedziała się mama… Wybuchła. Krzyczała. Po prostu wyrzuciła mnie z domu. Ojciec mojego dziecka? Nie potraktował mnie poważnie. Jego własny ojciec — powiedziałmi w twarz, że to dziecko nie może być jego wnuczką.
Zdesperowana, zagubiona i z ciążącym we mnie ciężarem nie tylko dziecka, ale całego świata, który się zawalił — poszłam do babci. Była moją jedyną nadzieją. Otworzyła mi drzwi, nieświadoma, że przygarnia wnuczkę nie tylko odrzuconą, ale też skrzywdzoną we własnym domu. Nie wiedziała, że pod jej dachem wcześniej wydarzyły się rzeczy, o których nie śni się nawet w koszmarach.Czas płynął. Mój brzuch rósł razem z lękiem. Każdy dzień był mieszanką nadziei i przerażenia. Aż pewnej nocy poczułam potężny ból. Wiedziałam, że nadszedł moment — poród się zaczął. Nie było prądu, nie było paliwa, nie było transportu. Każdy skurcz był jak uderzenie w mur bez wyjścia.
Po wielu błaganiach i telefonach — ktoś poradził nam, by zgłosić się do samego burmistrza. W tamtym momencie już nie miałam siły się wstydzić — liczyło się tylko to, żeby moje dziecko przeżyło. W końcu, po długim oczekiwaniu, przyjechała karetka i zawiozła mnie do szpitala w Barinas.Byłam na granicy wytrzymałości. Moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Nogi miałam sine, obolałe – jakby każda kropla krwi zamarła ze strachu, bólu i wyczerpania.
Czułam, jak uchodzi ze mnie życie.Lekarze chcieli przeprowadzić cesarskie cięcie, ale nie mieli nawet podstawowych narzędzi, by zrobić to bezpiecznie.
Patrzyli namnie bezradnie, a ja walczyłam o oddech – dla siebie i dla dziecka, które nosiłam pod sercem.W pewnym momencie, ledwo przytomna, spojrzałam na lekarkę i błagalnym głosem poprosiłam: „Proszę, zadzwońcie do mojej babci. Niech się za mnie pomodli. Niech Bóg mnie nie zostawia”.
Kilka minut po tej modlitwie wydarzył się cud. Nagle, jak grom z nieba, poczułam gwałtowne i potężne skurcze. Nie miałam już siły, ale wiedziałam, że niemam wyboru. Byłam sama, a lekarze... odpoczywali. Moje dziecko postanowiło przyjść na świat właśnie teraz — a ja musiałam mu w tym pomóc. Sama.Czułam, jak jej główka przesuwa się w dół z siłą, która niemal mnie rozerwała. Gdy przebijała się przeze mnie, ból był tak silny, że wydawało się, iż całe moje ciało się rozpadnie. Moja współlokatorka z sali zaczęła krzyczeć, błagała pielęgniarki o pomoc: "Pomóżcie jej, do cholery!".
Po chwili wbiegła lekarka. Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby nie wierzyła, że tak daleko zaszłam sama. Zapytała łagodnie:– Czy możesz iść do sali porodowej?
Mogłam tylko skinąć głową i wyszeptać:–Tak.
I wtedy, jak pingwin — dosłownie przesuwając siępowoli, ciężko, z bólem — dotarłam na miejsce. O godzinie 00.05 w nocy przyszła na świat moja córeczka. Zdrowa. Piękna. Cudowna. W jednej chwili wszystko się zatrzymało. Czułam ból, zmęczenie,łzy – ale to wszystko znikło, gdy tylko ją zobaczyłam. Była jak światło w najciemniejszej nocy. Jak dowód, że nawet z najgłębszego cierpienia może narodzić się coś świętego.
Ojciec mojego dziecka pojawił się dopiero rano. Nie było w nim ani odrobiny przejęcia, żadnej czułości. Kazano mu pójść po zastrzyk, ważny dla mojego zdrowia — i… zniknął. Po prostu.Bez słowa.Czekałam. Minuty zamieniały się w godziny, a każda z nich bolała bardziej niż poprzednia. Nie wrócił ani po godzinie, ani po trzech. Pojawił się dopiero następnego dnia, po dziesiątkach telefonów.
Zdecydowałam, że zarejestruję córkęsama. Ale dosłownie w ostatniej chwili — dotarł. Spóźniony nie tylko na poród, ale i na swoje ojcostwo.Aby w ogóle móc zakończyć formalności, musieliśmy zapłacić lekarzom. Bez pieniędzy nic nie działało. Nawet narodziny nowego życia. Nawet mój ból. Nawet moja krew.
To był pierwszy raz, kiedy zrozumiałam, że w tym życiu nie wystarczy cierpieć — trzeba jeszcze za to zapłacić.Wróciłam do Santa Rosa dzień poporodzie – fizycznie wyczerpana, ale z córką w ramionach i iskierką nadziei w sercu. Czekał tam na mnie mój ukochany dziadek– jedyny, który naprawdę mnie kochał. Choć już chory, zmęczony życiem i słabnącym ciałem, to jego obecność dawała mi siłę. Przeszedł udar, potem kolejny… ale nigdy nie przestał się mną opiekować. Dla mnie i dla mojej córki był gotów znosić ból,milczenie, upokorzenie. Robił wszystko, co mógł, najlepiej jak potrafił. Był moim całym światem.
Ale nie każdy pod tym dachem miał serce. Wujkowie znęcali się nad nim – fizycznie i psychicznie. Traktowali go jak ciężar. Czasem słyszałam, jak na niego krzyczą, jak odmawiają mu pomocy. Pewnego dnia wróciłam z przychodni z córką – zmęczona, spocona, zmartwiona. A dziadek tylko spojrzał na mnie i powiedział cicho:„Nie piłem wody, odkąd wyszłaś”.
W tamtej chwili coś we mnie pękło.Ogarnął mnie gniew, rozpacz i bezsilność. Jak mogli być tak okrutni? Od tamtej pory opiekowałam się nim sama.Pewnego dnia musiałam wyjść na kilka godzin. Gdy wróciłam, zastałam go samego – leżał nieruchomo, z oczami zaszklonymi, jakby patrzył wcoś, czego nie widziałam. Szybko położyłam córkę, uklękłam przy nim i chwyciłam jego dłoń. Była zimna, ale ścisnął ją ostatni raz… i zamknął oczy. Zaczęłam krzyczeć, błagać:„Zadzwońcie po karetkę!”. Ale byliśmy bezradni. Nie mieliśmy paliwa. Nie było jak zawieźć go do szpitala.
Dopiero o godzinie 18ej przyjechali go zabrać. A o 20ej zadzwonił telefon. „Zmarł”.To były trzy najgorsze dni mojego życia.
Zostałam sama. Znowu.Ale tym razem już naprawdę sama.
Kilka miesięcy po narodzinach mojej córki wrócił jej ojciec. Myślałam, że może coś się zmieni, że być może dla niej – dla tej małej istotki – postara się być ojcem. Ale zamiast czułości, przyniósł ze sobą tylko gniew, pogardę i przemoc.
Z powodu plotek, które słyszał od ludzi, zaczął mnie bić. Upokarzał mnie, wykrzywiał prawdę, jakby sam wierzył w swoje chore wyobrażenia. Zastraszał mnie, rzucał oskarżenia bez dowodów. Ja milczałam. Najpierw ze strachu. Potem z bólu. Ale w końcu coś we mnie pękło.
Powiedziałam„dość”.
Odeszłam. Po raz pierwszy poczułam, że jeśli chcę przeżyć – dosłownie przeżyć – muszę zacząć bronić siebie.
Później dowiedziałam się, że wszystko, o co mnie oskarżał, sam robił za moimi plecami. Zdradzał mnie. Kłamał. A potem wracał i rzucał na mnie cień swojego własnego grzechu.
Moja córeczka właśnie skończyła rok. A ja – ledwie szesnastoletnia dziewczyna – wciąż byłam zagubiona, poturbowana emocjonalnie, żyjąca w świecie dorosłych zranień, których nie rozumiałam, ale które nosiłam głęboko w sobie.
Byłam dzieckiem… z dzieckiem na rękach i bliznami na duszy, których nikt nie chciał dostrzec.
W pewnym momencie babcia mojego dziecka zaproponowała, by nasza córka wyjechała do jej cioci w Bogocie – zgodziłam się.
Niedługo po tym wybuchła pandemia. Granice zamknięto,transport zatrzymano. Świat zamarł, a ja… zamarłam z nim.
Przez niemal dwa lata nie widziałam własnej córki.
Nie mogłam jej dotknąć, nie mogłam jej przytulić, nie mogłam nawet spojrzeć wjej oczy.
Kiedy w końcu wróciła, nie byłam już tą samą osobą. Moje życie było wtedy jednym wielkim chaosem. Bez celu, bez wsparcia, bez kogoś, kogo interesuje moje życie – żyłam z dniana dzień, z godziny na godzinę, czasem z myślami, że może lepiej byłoby zniknąć.
Zostały mi dwie drogi.
Prostytucja i oddawanie się mężczyznom, którzy by robili ze mną, co chcą…albo emigracja.
Nie miałam nic. Ale miałam ją – moją córkę. I to wystarczyło, by wybrać tę trudniejszą, ale godną drogę. Wybrałam emigrację.
Z jednym celem: żeby ona kiedyśnie musiała wybierać między upodleniem a ucieczką.
Wyruszyłam w nieznane z nadzieją, że gdzieś tam, daleko, czeka lepsze życie.Nie dla mnie – ja już byłam poraniona. Ale dla niej. Dla mojego światła. Dla mojej córki.
W lipcu, prawie pięć lat temu, przyjechałam do Kolumbii z ciężkim sercem i ogromną nadzieją. Początki były jak walka z nieustającą burzą – samotna, zagubiona, z niczym poza wspomnieniami i marzeniami. Mimo to, z każdym dniem starałam się wysyłać do córki i rodziny paczki, małe dowody mojego istnienia i miłości. Każda przesyłka była jak list miłosny, który chciałam, by ją otulał, choć mnie tam nie było.
Ale pewnego grudniowego dnia wszystko się zawaliło.
Babcia zadzwoniła do mnie, a w jej głosie było coś, czego nigdy nie chciałam usłyszeć – złość i rozczarowanie. Mówiła, że nie tak mnie wychowała, nie na osobę bez wartości i Boga, że to, co wysłałam dla córki, było zniszczone, bezużyteczne. Jakby moje starania, moja miłość, były niczym.
Wróciłam do Wenezueli. Zabrałam córkę ze sobą i wróciłam do Kolumbii – miejsca, które miało być naszym nowym domem, naszą szansą na życie pełne spokoju i godności. Od tamtej pory już nie wróciłam do tamtego świata, do tamtej przeszłości. Bo dla niej zrobię wszystko – nawet jeśli oznacza to, że nigdy nie zobaczę rodzinnego kraju na nowo.
Nie było łatwo. Przeszłam przez burze emocji – chwile pełne nadziei i momenty, gdy wszystko zdawało się rozrywać na kawałki. Doświadczyłam smaków życia, które były zarówno słodkie, jak i gorzkie, i nie życzyłabym tego nawet najgorszemu wrogowi.
Półtora roku temu w moim życiu pojawił się Szymon – człowiek wyjątkowy, jakiego wcześniej nie znałam. To on nauczył mnie, jak zacząć kochać samą siebie, jak troszczyć się o swoje serce, zdrowie i dostrzegać piękno nawet w najprostszych chwilach. Pokazał mi, że zmiana jest możliwa – że życie można odmienić, krok po kroku, nawet gdy wydaje się to niemożliwe.
Przez setki godzin rozmów stał się częścią mojego i mojej córki świata, bliskim, bezpiecznym miejscem, gdzie mogę być sobą. Dzięki niemu zaczęłam odkrywać Polskę – jej kulturę, historie, język i zwyczaje. I choć różni się od mojej, to zakochałam się w tym kraju i jego ludziach. Wy, Polacy, jesteście inni –potraficie walczyć i bronić bliskich. Jesteście pracowici i dzielni. Chronicie swoje kobiety.
Dziś moje serce bije dla Polski. Marzę, by tam zamieszkać, by moja córka mogła dorastać w bezpiecznym miejscu, gdzie będzie miała szansęna naukę, rozwój i szczęśliwe dzieciństwo. A ja chcę pracować, budować przyszłość, żyć godnie i z nadzieją.
Nie marzę o luksusach ani o złotych pałacach. Marzę tylko o czymś, co dla wielu wydaje się tak zwyczajne – o spokojnym, bezpiecznym życiu.
Moja córka to całe moje serce, moja siła, mój powód, by codziennie wstawać i walczyć, nawet wtedy, gdy nie mam już sił. Żyję dla niej. Ale to życie nie jest łatwe. Zdarzają się dni, kiedy ciemność wraca... Gdy przeszłość – ta, której nigdy nie chciałam, na którą nie zasłużyłam – znów puka do drzwi mojej pamięci i odbiera mioddech.
Wpadam wtedy w ciszę, w głęboką, bolesną samotność, której nikt nie widzi. Uśmiecham się dla niej. Chowam łzy, gdy zasypia. Bo nie chcę, by widziała mnie słabą. Nie chcę, bydorastała z ciężarem mojego cierpienia.
Chronię ją przed tym, co zniszczyło mnie. Chronię ją każdą cząstką duszy, choć czasem mam wrażenie, że sama się już rozpadam.
Kilka miesięcy temu zakończyłam toksyczny związek. Byłam w relacji z osobą, która zamiast mnie budować, powoli mnie niszczyła. Ten człowiek mnie poniżał, wymagał ode mnie wszystkiego, a sam nie dawał nic – ani wsparcia, ani szacunku, ani cienia zrozumienia.
Odeszłam od niego z długami, które nie są moje. Które mi zostawił. Z rozbitym sercem, z poczuciem winy, z pytaniem: „Czy to ze mną coś jest nietak?”. To właśnie Szymon pomógł mi zobaczyć siebie na nowo. Uwierzyć, że jestem coś warta, że zasługuję na dobro. Pokazał mi drogę tam, gdzie widziałam tylko ślepe zaułki. Pomógł miuwierzyć, że niewolno się poddawać, a szczęście dopiero nadejdzie i jest przede mną. Czasem na mnie nakrzyczy, z krytykuje, czasem postawi do pionu ida kopniaka– ale wiem, że to z troski. Bo chce, bym się nie poddawała. Wierzę, że to Bóg postawił go na mojej drodze. Wtedy, gdy byłam blisko upadku. Wtedy, gdy najbardziej potrzebowałam drugiego człowieka, który nie tylko poda mi rękę – ale który niepozwoli mi zniknąć.
Kocham mój kraj – całym sercem –choć dał mi tak niewiele. Tych kilka chwil szczęścia, które tam przeżyłam, można policzyć na palcach jednej ręki, a jednak to właśnie one zapuściły we mnie najgłębsze korzenie. Mimo wszystkiego, co mnie tam spotkało – mimo bólu, strachu, zdrady i milczenia – nigdy nie przestałam kochać Wenezueli.
Choć ci,którzy mieli mnie chronić, zamknęli oczy, gdy działo się zło –choć moja rodzina do dziś nie zna prawdy o tym, co działo się w czterech ścianach ich domu – nie umiem ich nienawidzić. Noszę w sobie tęsknotę za wspólnym gotowaniem zupy, za śmiechem rozlewającym się po kuchni, za niedzielami przy stole, za zapachem domowego jedzenia i spokojem zwyczajnych rozmów. Marzę, by choć raz jeszcze poczuć się częścią rodziny.
Nie wyparłam się tamtej ziemi. To ona ukształtowała moją duszę. Tam stawiałam pierwsze kroki, tam śniłam pierwsze sny, tam śmiałam się zprzyjaciółmi podczas leniwych popołudni, rozmawiając o życiu, jakby było lekkie i proste. Te wspomnienia są jak blizny –bolesne, ale moje.
Nie chcę uciekać. Chcę żyć. Chcę tylko mieć wybór. Móc budować przyszłość, której nie da mi już mój kraj, choć tak bardzo go kocham.
Tęsknię za ojczyzną zcałego serca, za każdym jej zakątkiem, za zapachem ulic i ciepłem słońca na skórze. Jednak głęboko w sobie wiem, że już nie wrócę tam na stałe. Wenezuela, którą kocham, stała się miejscem, które nie może mi dać przyszłości — ani mnie, ani mojej córce. Marzenia o lepszym życiu muszę budować gdzie indziej, bo tam, gdzie jest dom mojego serca, nie ma już bezpiecznego miejsca na naszą przyszłość.
Moja córka, Mileidys. Tak właśnie mana imię. Jest bystrą i mądrą dziewczynką, która ma już prawie siedem lat. Urodziła się, by rozświetlić moją drogę, dać misiłę i nadzieję, kiedy najbardziej ich potrzebowałam. Od chwilijej narodzin ojciec pojawił się przy niej tylko trzy razy. Nigdynie był prawdziwym wsparciem, nigdy nie okazał odpowiedzialnościani miłości, której jego córka tak bardzo potrzebowała i na którą zasługiwała. To zmusiło mnie, bym stała się dla niej wszystkim: matką, ojcem, przyjaciółką, obrońcą i nauczycielem —całym jej światem. Sporadycznie do niej pisze lub dzwoni, pytając:„Jak się masz? Co u ciebie? Jak się czujesz?” — te słowa pojawiają się rzadko, a jednak zawsze je wypatruje. Mimo że robię wszystko, co w mojej mocy, by zapewnić jej szczęście i bezpieczeństwo, ona od zawsze nosi w sobie brak – pustkę, którejnie jestem w stanie wypełnić sama.
Ciężko pracowałam, by dać nam lepsze życie. Pracowałam w restauracjach, opiekowałam się dziećmi, sprzątałam domy. W każdej z tych prac musiałam znosić upokorzenia — zwłaszcza słowne — ze strony Kolumbijczyków,którzy patrzą na nas, Wenezuelczyków, jak na intruzów. Cierpiałam nie za swoje winy, ale za tych, którzy przyjechali tylko po to, by wykorzystywać i niszczyć szanse tych z nas, którzy naprawdę chcąu czciwie walczyć o przyszłość — dla siebie, dzieci, dlarodziny.
Pomimo wszystkiego, co przeszłam, każdego dnia staram się dawać mojej córce dobre wzorce. Chcę, by była silna, ale i czuła, by wiedziała, czym są wartości, szacunek i godność. Każdego dnia walczę o lepsze życie dla nas obu.
Choć jestem jeszcze młoda, życie wystawiło mnie na próbę, której nie życzyła bym nikomu. Mimo to wciąż jestem osobą prostą, skromną i wrażliwą. Kocham przyrodę, ciszę, zwierzęta, rodzinne chwile —to w nich odnajduję spokój, którego tak bardzo mi brakuje. Od dziecka marzyłam, by zostać weterynarzem.
Chcę, by moja córka dorastała bez strachu, z nadzieją i godnością. Marzę o tym, żebym mogła studiować weterynarię. Kocham zwierzęta i naturę, one dają mi ukojenie po wszystkich burzach, które przeszłam.
Dziś wiem, że moja przeszłość nie definiuje mnie. To, co przeżyłam, uczyniło mnie silną, ale jednocześnie wrażliwą na cierpienie innych. Wiem, że życie potrafi być okrutne, ale również wiem, że miłość i nadziejapotrafią zdziałać cuda.
Chciałabym mieć więcej dzieci. Ale nie tu. Nie w takich warunkach, nie w tym życiu pełnym nie pewności i strachu. Marzę o tym, by dać życie wspokoju, w bezpieczeństwie, z miłości – nie z bólu. Chcę, by kolejne dziecko przyszło na świat w cieple domu, w ramionach mężczyzny, który mnie szanuje i kocha. Takiego, który zaakceptuje mnie z moją przeszłością, z moimi ranami i bliznami, z moją córką – bo jesteśmy jednością.
Nie chcę już udawać, walczyć o miłość, która rani. Chcę spokoju, partnerstwa, prawdziwej rodziny. Kogoś, kto zobaczy we mnie nie tylko kobietę po przejściach, ale człowieka, który wciąż wierzy, że zasługuje na szczęście. Tylko wtedy – z miłości, nie z lęku – chciałabym urodzić kolejne dziecko. W kraju, w którym można oddychać spokojnie, w którym można marzyć bez strachu.
Szymon przekonał mnie a bym napisała tą biografię, aby świat zobaczył, przez co przeszłam — nie po to, by wzbudzać litość, ale by pokazać, że nawet po największym bólu można wstać, odnaleźć siebie i zacząć na nowo. Mam nadzieję, że moja historia da siłę innym kobietom, które cierpią w milczeniu, by odważyły się walczyć o swoje życie i szczęście.
Jestem Yosmari —dziewczyna z Wenezueli, która musiała szybko dorosnąć, która mimo wszystko wierzy, że jutro będzie lepsze.
Aby spełnić marzenie o lepszym życiu i móc wyjechać do Polski, najpierw muszę wrócić do Wenezueli. To brzmi prosto, ale w rzeczywistości oznacza walkę o każdy grosz — paszport, wiza, podróż… wszystkie sprawy urzędowe...wszystko kosztuje, a ja właśnie straciłam pracę.
Z dnia na dzień życie staje się bardziej bez litosne.Czasem poszczę przez kilka dni, byleby moja córka miała co włożyćdo ust. Szukam pracy — bezskutecznie. Kiedy uda mi się zapłacić jeden rachunek, natychmiast pojawia się następny. Gdy odetchnę po rozwiązaniu jednego problemu, na moich barkach ląduje kolejny.
Zabrano mi już tak wiele: godność, spokój ducha,wiarę w lepsze jutro. Grożą mi eksmisją. Zabrano mi meble, rzeczy, które zdobywałam ciężką pracą i wyrzeczeniami. A teraz mogę stracić mój motor, moje spełnione marzenie, kupione za każdą godzinę zmęczenia, potu i walki o przetrwanie.
Ale najgorsze jest to, że mogę stracić moją córkę. Moje wszystko. Moją siłę. Moją nadzieję. Moje światło. Nie mogę na to pozwolić. Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niej.
Walczę nie dla siebie. Walczę, by moje dziecko mogło mieć przyszłość, której ja nigdy nie miałam. Ale już brakuje mi sił…"
Dlatego Szymon zaproponował mi pomoc – tę zbiórkę. To gest desperacji, ale i nadziei. Nadziei na lepsze życie... dla mojej córeczki.
Nigdy nie prosiłam nikogo o pomoc. Nigdy jej nie otrzymałam.Wiem, że na wszystko trzeba zapacować.
Pisałam te słowa w łzach, zamknięta w czterech ścianach, pogrążona w depresji. Wciąż wracają do mnie koszmary– potwory z przeszłości, których nie potrafię uciszyć. Ale jeśli dotarliście do końca choćby skrawka mojej historii… jeśli uwierzyliście we mnie…
Z całego serca dziękuję.
Każda, nawet najmniejsza pomoc, każda złotówka, to krok bliżej do życia bez strachu. Do życia, w którym moja córka może się uczyć, rozwijać i uśmiechać.
Dziękuję Ci, Szymonie – za to wyzwanie, za odwagę, za to, że nigdy we mnie nie zwątpiłeś.
Niech Bóg Ci błogosławi – Tobie, Twojej rodzinie, Twoim przyjaciołomi każdemu dniowi Twojego życia.
Wierzę, że wkrótce się spotkamy.
I że wtedy – już bez łez – będę mogła podziękować osobiście każdemu, kto wyciągnął do mnie rękę.
Z miłością, wiarą i wdzięcznością,
Yosmari Perez
Każda złotówka ma znaczenie – pomóżmy Yosmari!
Każda złotówka, jaką uda mi się zebrać, zostanie przeznaczona na pomoc Yosmari – młodej kobiecie, która przeszła w życiu więcej, niż wielu z nas potrafi sobie wyobrazić.
Jeśli to czytasz i nie przechodzisz obojętnie – dziękuję Ci z całego serca. Twoje wsparcie naprawdę może zmienić jej życie.
Z wyrazami wdzięczności i serdecznymi pozdrowieniami.
Szymon Figler
Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas


Gdy świat się wali, dajemy nadzieję ❤️ Wspieramy chorych w pozyskaniu środków na leczenie, pomagamy zwierzętom i reagujemy natychmiast w pilnych sytuacjach kryzysowych 🚨
Jak odmienić los tysięcy potrzebujących za darmo?
✅ Wybierz Fundacja Pomagam.pl na liście OPP w rozliczeniu PIT.
✅ Wpisz nasz numer KRS 00 00 353 888 w deklaracji PIT.
Dla Ciebie to rubryka. Dla nich szansa, by przetrwać najgorsze.