
16 lat czekała na ratunek ze swoimi dwoma synami. Od wolności dzieliła je krata w boksie i patologiczne zachowania właścicieli. Za kilka dni byłoby za późno…

Szesnaście lat zamknięta w boksie. Tak wyglądało całe życie Kai. Bez spacerów. Bez miękkiego legowiska. Bez opieki weterynaryjnej. Bez nadziei.
Gmina Lesznowola, powiat piaseczyński. Interwencja z soboty.
Na ziemi leżą stare odchody, kamienie, gruz, zardzewiałe metalowe elementy. Przerośnięte pazury mówiły same za siebie - od bardzo dawna nikt nawet nie próbował o nią zadbać.

Ale to nie brud był najgorszy. Najgorszy był guz. Ogromny. Widoczny gołym okiem. Nie wyrósł w tydzień. Nie wyrósł w miesiąc. Rósł przez bardzo długi czas.

A kiedy w końcu pękł - zaczęła wypływać z niego ropa i krew. Każdego dnia rana była otwarta. Każdego dnia bolała. Każdego dnia ktoś na nią patrzył i odwracał wzrok.
Na tej posesji mieszkało wielu dorosłych ludzi. Podczas naszej interwencji było ich tam z 7 osób. Każdy widział Kaję. Każdy mógł widzieć ten guz. Każdy wiedział, że cierpi. I nikt nie zrobił nic.

W takie upały jak są obecnie - otwarta rana to jeszcze jedno śmiertelne zagrożenie - muchy. Składają jaja w martwiejącej tkance. Z nich wylęgają się larwy, które żywią się żywym organizmem. Jeszcze kilka dni i cierpienie Kai stałoby się niewyobrażalne. Zostałaby zjedzona żywcem.
Ale tym razem los napisał inny scenariusz. Zdążyliśmy.

W sobotę odebraliśmy Kaję. Jeszcze tego samego dnia trafiła do kliniki weterynaryjnej. Lekarze wykonali RTG płuc - na szczęście bez zmian. Przeprowadzili echo serca - sprawdzali, czy 16 - letnie serce wytrzyma narkozę. To wiek, w którym każdy zabieg jest ryzykiem. Mimo to lekarze nie mieli wątpliwości - operacja musi odbyć się natychmiast.

Jutro, tj. w poniedziałek, 27 lipca br. Kaja będzie walczyć o życie na stole operacyjnym.
Przed nami usunięcie ogromnego guza, drugiej zmiany w okolicy sromu i kolejnego guza na listwie mlecznej.
Musimy wykonać badanie histopatologiczne, zapłacić za leki przeciwbólowe, hospitalizację i długą rekonwalescencję.

To nie koniec tej historii. Na tej samej posesji odebraliśmy też królika. Żył na ściółce przesiąkniętej moczem i odchodami - nikt od wielu dni jej nie wymieniał. W gnijącym sianie znaleźliśmy larwy much, robaki…

Na miejscu zostały jeszcze dwa psy - synowie Kai - je również odbierzemy tym ludziom, w trybie administracyjnym.

Wszyscy, którzy dopuścili do tego cierpienia, poniosą za to konsekwencje swoich działań. I matka i syn i cała rodzina, która patrzyła na cierpienie zwierząt.
Dziś jednak całe nasze myśli są przy Kaji.
Nie wiemy, ile życia jeszcze przed nią. Wiemy tylko, że po 16 latach cierpienia zasługuje choć na trochę szczęścia - na dzień bez bólu, na spokojny sen.
Dlatego prosimy Was o pomoc. Każda złotówka pomoże sfinansować operację, leczenie, badania i opiekę nad Kają.

Nie pozwólmy, żeby jej pierwsza szansa na normalne życie przegrała tylko dlatego, że zabrakło pieniędzy.
Kaja już wystarczająco długo czekała na ratunek. Dziś wszystko zależy od nas.
Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas
Załóż darmową zbiórkę pieniędzy dla siebie, swoich bliskich lub potrzebujących!