
Płodność u kobiet przez wieki wyznaczała miejsce w świecie. U zwierząt do dziś wyznacza wartość.
Mokosz rodziła i pracowała. Pracowała i rodziła. Tak minęło jej dwadzieścia lat. Bez wytchnienia, bez stada, bez możliwości choćby minimalnego decydowania o sobie. W rytmie bólu, rozstań i mroku.

Pamięta jeszcze czasy, kiedy konie pracowały w polu. Wykorzystywana do orki, ciągnięcia wozu, pracy pod siodłem. Robiła wszystko, czego akurat potrzebował od niej człowiek.
A pomiędzy tym wszystkim zostawała matką. Raz za razem. Nie zdążyła wygoić ran, a już prowadzono ją do krycia. Trzymano ją, naprowadzano samca, i tak aż do skutku.
Każdy poród był trudny. Dziś jej drogi rodne są tak zniszczone, że po ostatnim źrebaku już nie zaszła w kolejną ciążę. W świecie klaczy wykorzystywanych przez ludzi oznacza to koniec wspólnej drogi właściciela i jego „przyjaciela”.
Od lat świat jej i dzieci miał długość sznurka przywiązanego do ściany. Szare ściany, boks. Tyle.
Dwadzieścia lat pracy widać na każdym fragmencie umęczonego ciała.
Na sierści zostały przebarwienia po ciągłych urazach, ucisku i tarciu. W pysku – poranione policzki i język, ślady po sprzęcie i skrajnie zaniedbane zęby. Grzbiet jest zapadnięty. Nie trzeba badań obrazowych, by widzieć, że w każdej nodze są zwyrodnienia.

Konie urodzone w Pegasusie w jej wieku urządzają galopady po łąkach, kłócą się o siano jak berbecie i przypominają nam codziennie, że starość jeszcze długo nie jest ich problemem.
Przy nich Mokosz wygląda jak babcia.
Jakby ktoś do jej dwudziestu lat dopisał jeszcze dziesięć.
Gdy dostaliśmy wiadomość o starej, spracowanej klaczy, wiedzieliśmy, że zrobimy wszystko, by poznała inny świat. Taki, jaki dla koni zaplanowała natura, a nie ludzie.
Świat, który odtwarzamy w schronisku dla tych, z których przez całe życie brano wszystko, a na końcu zostaje już tylko pytanie, czy ktoś zechce dać im cokolwiek w zamian.
Chcieliśmy dać Mokosz emeryturę. Przyjaciele, którzy zdecydowali się zapłacić za każdy kilograma jej ciała, spojrzeli na zdjęcie, które dostaliśmy.
„A tam jest też ktoś z tyłu?”
Ten z tyłu okazał się jej ostatnim synkiem.
Ariel.

Nie potrafiliśmy kupić wolności matce i zostawić jej dziecka przywiązanego do ściany.
Więc przyjechali oboje.
I nagle, po półtora roku życia, Ariel odkrył, że świat nie kończy się tam, gdzie kończy się sznurek.

Pierwszy raz zobaczył trawę.
Pierwszy raz mógł ruszyć przed siebie i nikt go nie zatrzymał.
Pierwszy raz mógł pobiec.
Patrzyliśmy, jak ostrożnie poznają padok, słońce, przestrzeń. Jak uczą się rzeczy, które dla konia powinny być oczywiste od pierwszych chwil życia.
I że człowiek nie przychodzi już po to, by brać.
Nie po pracę.
Nie po grzbiet.
Nie po siłę.
Nie po kolejne źrebię.
Przychodzi, by być. I tylko tego oczekuje też od nich.

Pierwsze zabiegi weterynaryjne i transport do ośrodka to kilka tysięcy złotych.
Zostali zaszczepieni i odrobaczeni. Za nami pierwsza korekcja zębów. Przed Arielem kastracja, przed obojgiem korekcje kopyt, dalsza diagnostyka i wynikające z niej leczenie.
Wykupienie życia to dopiero początek. Teraz trzeba jeszcze sprawić, żeby było ono dobre.

Marzymy o dniu, w którym Mokosz i Ariel dołączą do naszego stada na wolnych łąkach.
Żeby Ariel zapomniał, jak krótki był jego sznurek. By zapomniał, że taka niewola w ogóle istnieje.
A Mokosz – po dwudziestu latach pracy, kolejnych ciążach i trudnych porodach – mogła już nigdy niczego człowiekowi nie dawać. By mogła decydować o sobie i żyć pełnią końskiego życia.
Dała wystarczająco dużo.
Teraz kolej na nas.

Twoje słowa mają moc pomagania! Wpłać darowiznę i przekaż kilka słów wsparcia 🤲
Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas
Załóż darmową zbiórkę pieniędzy dla siebie, swoich bliskich lub potrzebujących!
Anonimowy Darczyńca
Cudownie ze jestescie ❤️❤️❤️
Włodzimierz
Nie potrafimy pomóc wszystkim cierpiącym istotom. Ale dla tych, którym udało się pomóc, nasze działanie jest bezcenne.
Anonimowy Darczyńca
Dzięki, że jesteście! Najlepszosci dla Mokosz i Ariela ❤️
Ewa
To straszne jak ludzie potrafią być okrutni.