Fundacja Nasza Szkapa
Jagoda miała zostać u nas może miesiąc. Została rok i dziewięć miesięcy. To jest właśnie ten rodzaj matematyki, którego człowiek uczy się przy zwierzętach. Bierzesz kogoś „na chwilę”, „na przeczekanie”, „zobaczymy, co będzie”. Nie robisz dla niego wielkiego miejsca w przyszłości, bo przecież nie ma sensu. A potem pewnego dnia orientujesz się, że całe to miejsce już dawno ułożyło się wokół niego.
Jagoda była stara.
Była wielka.
Była czarna.
I kiedy przyjechała, była naprawdę okropna.
Nie „charakterna”, nie „z temperamentem”, nie żadna z tych eleganckich rzeczy, które ludzie mówią o trudnych koniach. Była zła na świat i miała ku temu swoje powody. Człowiek podchodził, patrzył na uszy przyklejone do szyi, patrzył na zęby i jeszcze raz rozważał wszystkie decyzje, które doprowadziły go w to konkretne miejsce.
Z czasem przestała gryźć. Nie przesadzajmy jednak z tym rozwojem osobistym. Zamiast tego zaczęła deptać mi po stopach. To było chyba jej hobby. Drugim było wciskanie łba — łba wielkiego mniej więcej jak mój cały tułów — pomiędzy moją rękę a dowolnego konia, którego akurat drapałam. Bo oczywiście zaszło jakieś koszmarne nieporozumienie. To Jagodzie należało się drapanko.
Każde.
Zawsze.
Marchewki również jej się należały. Przyjmowała je z wielką wdzięcznością, najlepiej razem z dłonią, nadgarstkiem i — gdyby tylko geometria na to pozwalała — połową przedramienia.
Zołza.
Ale nie całkiem. Bo Jagoda miała też zupełnie inną twarz, której długo właściwie nie pokazywała ludziom. Pokazywała ją dzieciakom.
Koralowi. Judycie. Prinzowi. Zefirowi. Kolejnym małym, krzywym, chorym, głupim źrebaczym łbom, które z jakiegoś powodu uznawały, że jeśli na świecie istnieje jedno naprawdę bezpieczne miejsce, to znajduje się ono bardzo blisko wielkiej czarnej kobyły, która wygląda, jakby wszystkich serdecznie miała dosyć.
Pod brzuchem Jagody.
Przy boku Jagody.
Za zadem Jagody.
Hektary przestrzeni dookoła — nieważne.
Ich świat miał środek.
I tym środkiem była ona.
Kiedy tej wiosny wypuściłam młodzież do dużego stada, Jagodę zostawiłam przy domu. Tak przecież miało być rozsądniej. Całą noc stała przy płocie i rżała. Następnego dnia wszystkie moje mądre pomysły dotyczące tego, gdzie kto powinien mieszkać, przestały mieć znaczenie. Wypuściłam ją do dzieci. Czasami człowiek naprawdę nie musi poprawiać rzeczy, które same wiedzą, gdzie jest ich miejsce.
I może dlatego tak trudno dziś napisać, że Jagody już nie ma. Nie dlatego, że była idealna. Na szczęście nie była. Idealne istoty zostawiają po sobie bardzo eleganckie wspomnienia. Jagoda zostawia podeptane stopy. Odruch odsuwania marchewki razem z łokciem. Pamięć wielkiego łba pojawiającego się nagle między ręką a koniem, którego — naiwnie — człowiek zamierzał właśnie podrapać. I kilka młodych koni, dla których przez jakiś czas była po prostu domem.
Chyba właśnie takie rzeczy bolą najbardziej. Nie wielkie symbole. Te małe, głupie miejsca, w których ktoś był tak długo i tak zwyczajnie, że przestaliśmy je zauważać.
Miejsce przy płocie.
Miejsce przy ręce.
Ciężar kopyta na stopie.
Łeb, który znowu się wciska.
A potem któregoś dnia nic się nie wciska. I dopiero wtedy człowiek rozumie, ile przestrzeni zajmowała jedna stara, nieznośna kobyła.
Jagoda miała zostać miesiąc. Dostała rok i dziewięć miesięcy. Nie wiem, czy to dużo. Kiedyś pewnie powiedziałabym, że bardzo dużo — zwłaszcza jak na konia, któremu właściwie kończyło się już życie. Dzisiaj wygląda mi to podejrzanie jak za mało. Ale wystarczyło, żeby przestała być koniem „na chwilę”. Wystarczyło, żeby została Jagodą. I wystarczyło, żeby komuś zostać domem.
Pa, stara Zołzo.
Będzie mi brakowało nawet tego deptania po stopach.












Kopcyk
<3 pozdro other
kora
💓💓💓
Barbaraa
Pomagam
Dudek
pomagać szczury
Meretto
Dla nowego konika