Niestety, wpłata na tę zbiórkę nie jest już możliwa.

Dula poznałem w 2017 roku podczas podróży po Indonezji. Pracował w hostelu na wyspie Gili Meno. Miał 25 lat, szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy. Dopiero uczył się języka angielskiego, który był mu niezbędny do pracy w turystyce - na turystyce opiera się znaczna część biznesów w Indonezji. Zawsze miał ze sobą mały słownik indonezyjsko-angielski, którym się posiłkował.
Przesiedzieliśmy wspólnie parę wieczorów wymieniając się historiami. Ja opowiadałem mu np. o śniegu i zimie, co było dla niego srogą abstrakcją. Ale on szybko przebijał mnie historią o tym, że kiedy chciał poślubić swoją żonę, musiał wykraść ją z domu rodzinnego i spędzić z nia 2 doby w ukryciu przed jej rodzicami, żeby okazać swoje męstwo i pokazać że jest godzien by ją poślubić. Oczywiście przyszła żona Dula musiała wyrazić na to zgodę. To taka tradycja na wyspie Lombok, z której pochodzi Dul.
Opowiadał mi również o swojej rodzinie, o tym że pracuje na Gili Meno bo tutaj jest więcej turystów co wiąże się z możliwością pracy. Mówił, że pieniądze zarabia dla żony i swojego dwuletniego syna. System edukacji na Lombok wymaga dodatkowych opłat od rodziców, którzy chcą posłać dziecko do szkoły z nauką języka angielskiego. Na to właśnie Dul odkładał pieniądze, które dostawał jako napiwki.
Często siedzieliśmy i rozmawialiśmy do późnych nocnych godzin i kiedy ja oznajmiałem, że idę już spać, Dul zawsze zostawał jeszcze jakiś czas, żeby pouczyć się języka angielskiego. Robiło to na mnie duże wrażenie, bo jego rówieśnicy albo przesypiali większość dnia w cieniu albo pykali godzinami w jakieś marne gry na telefonach.
Zaprzyjaźniliśmy się z Dulem. Gdy opuściłem Gili Meno i ruszyłem w dalszą podróż, Dul pisał do mnie i pytał się co u mnie, gdzie jestem, co widziałem. Nawet po moim powrocie do Polski nadal mieliśmy kontakt.
W sierpniu 2018 roku po dłuższym braku kontaktu postanowiłem zapytać się co u niego. Odpisał mi dopiero po paru dniach.

5 sierpnia 2018 roku, nastąpiło trzęsienie ziemi, którego epicentrum znajdowało się na północy wyspy Lombok. Dokładnie tam gdzie mieszkała rodzina Dula. Trzęsienie ziemi nadeszło niespodziewanie. Cztery dni później nastąpiło kolejne. Północna część wyspy Lombok była zdewastowana, zginęło wiele osób, ludzie potracili dach nad głową.
Dul znajdował się wtedy na Gili Meno, pracował. Jego dom rodzinny został doszczętnie zniszczony. Nikt z jego rodziny na szczęście nie ucierpiał.

Dul szybko wrócił na Lombok do swoich bliskich. Wraz z rodziną zmuszeni byli przenieść się do prowizorycznego obozu. Ograniczony dostęp do prądu, ograniczony dostęp do wody, brak jedzenia. Na miejscu powstały organizacje, które niosły pomoc potrzebującym. Zakładali je przebywający na miejscu turyści, którzy porzucili wypoczynek na plaży na rzecz pomocy poszkodowanym. Pomagali w budowaniu tymczasowych obozów, pomagali odgruzować zawalone domy, nieśli pomoc medyczną, organizowali zbiórki pieniędzy oraz paczek z żywnością w krajach skąd pochodzą. Poznałem jednego Holendra, który miał wracać do domu parę dni po tym jak zastało go trzęsienie ziemi. Miał bilet powrotny i pracę w Holandii. Mimo to postanowił zostać na miejscu, żeby przez ponad 6 miesięcy pomagać ludziom na Lombok.

Władze zapewniały, że przekażą pieniądze dla osób, które straciły domy. Było to w 2018 roku. Do dziś pieniądze nie zostały wypłacone.

W lutym 2019 roku, pół roku po trzęsieniu ziemi na Lombok, postanowiłem wrócić do Indonezji i odwiedzić Dula. Pierwsze parę dni spędziliśmy z Alicją na Bali. Na trzy dni przed podróżą promem na Lombok, w nocy obudziło nas trzęsące się łóżko i klekoczące drzwi od łazienki. To było małe trzęsienie ziemi.

Gdy dotarliśmy na Lombok zatrzymaliśmy się jakieś 40km na południe od Papak, wioski w której mieszka Dul. Dzieliła nas godzina podróży wynajętym skuterem. Jechaliśmy po niedawno wyremontowanej drodze idącej przez zachodnie wybrzeże Lombok. Równiutki asfalt, z prawej strony wzgórza, z lewej strony klif idący w dół i morze Balijskie. Krajobraz raju, do momentu gdy nie przejeżdżaliśmy przez wioski. Pół roku po trzęsieniu ziemi nadal widać było jego skutki. Zawalone domy, popękane drogi, puste hotele. Ale ludzie mimo wszystko byli uśmiechnięci, zadowoleni z tego co mają.
Dul przywitał nas z uśmiechem od ucha do ucha. Był naprawdę szczęśliwy, że go odwiedziliśmy. Wraz z rodziną tymczasowo zamieszkiwał na ziemi należącej do jego sąsiada. Oprowadził nas. Większy dom stał na fundamentach zawalonego domu, był zbudowany z drewna. Mieszkali w nim rodzice Dula oraz siostra ze swoim mężem i dziećmi. Do niego jakby doklejony stał dom, w zasadzie domek Dula zrobiony z bambusa, popękanych płyt wiórowych oraz grubszej folii. W środku mieściło się łóżko i jakieś szafki z uratowanymi rzeczami. Wszystko to zbudowali wraz z ojcem i pomocą znajomych. Dookoła biegały dzieci i kurczaki, nie wiem których było więcej.



Pomimo tak skromnych warunków, zostaliśmy ugoszczeni i nakarmieni specjałami przygotowanymi przez żonę Dula. Dul o nic wtedy nie prosił. Sam zaproponowałem, żebyśmy pojechali do sklepu bo chcemy zrobić im zakupy. Bardzo się tym krępował. Gdy wróciliśmy ze sklepu, zaprowadził nas na drugą stronę drogi gdzie znajdowały się pozostałości po jego zawalonym domu. Chodziliśmy po sypialni, kuchni, łazience i salonie, tyle, że te pomieszczenia już nie istniały, nie było ścian działowych ani podłóg. Dul z przekonaniem mówił, że rząd planuje dofinansowania dla poszkodowanych. Gdy dostanie pieniądze to wybuduje dom na fundamentach, po których chodziliśmy. Wtedy jeszcze wierzył, że zobaczy te pieniądze. Po dwóch latach rząd nie wywiązał się z obietnicy. Dookoła nas dzieciaki bawiły się biegając po czymś, co trudno było teraz nazwać domem. Syn Dula nie pamiętał swojego byłego domu, po prostu bawił się na gruzach.



Po powrocie do Polski nadal utrzymywałem kontakt z Dulem. Pisaliśmy do siebie, wysyłaliśmy sobie zdjęcia. Udało mu się postawić prostej budowy dom dla żony i syna. Tak jak planował. Jest z niego bardzo dumny.

Pisałem do niego w marcu, gdy świat opanował COVID. Pisał, że wszystko będzie dobrze, chwilowo nie ma pracy, ponieważ nie ma turystów przez zamknięte granice. Ale cały czas pisał, że wszystko będzie dobrze, że niebawem wszystko minie. W sierpniu 2020 roku urodził mu się drugi syn. Wysłał mi zdjęcia, był zachwycony.
Wczoraj Dul pierwszy raz poprosił mnie o pomoc. Napisał mi, że od dłuższego czasu nie ma dla niego pracy. Indonezja aż do odwołania, tymczasowo zakazuje cudzoziemcom wjazdu oraz tranzytu na swoim terytorium. W jego sytuacji brak turystów oznacza brak pracy.
Chciałbym prosić Was w imieniu Dula o pomoc. Organizuję dla niego zbiórkę pieniędzy. Chcę mu pomóc a wiem, że razem możemy zrobić więcej. Dul nigdy wcześniej nie prosił mnie o pomoc, nawet po trzęsieniu ziemi, nawet gdy w niektórych okresach nie miał pracy. Jest to dla mnie jednoznaczne z tym, że obecnie znajduje się w naprawdę słabej sytuacji.
Jeżeli mógłbyś zaprosić mnie na piwo/kawę/obiad to przeznacz proszę tę kwotę dla Dula. Na utrzymanie rodziny Dul potrzebuje 3 milionów rupii indonezyjskich miesięcznie. Mogłoby się wydawać że jest milionerem, ale kwota ta to równowartość 790 złotych. Chciałbym, żeby chociaż przez najbliższe 3 miesiące Dul nie musiał martwić się o los swój i swoich bliskich. Żeby miał pieniądze na jedzenie i pieluchy dla młodszego syna.
Twoje słowa mają moc pomagania! Wpłać darowiznę i przekaż kilka słów wsparcia 🤲
Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas
Załóż darmową zbiórkę pieniędzy dla siebie, swoich bliskich lub potrzebujących!
Wpłata nie jest możliwa po końcu zbiórki.
Zrób jeszcze jeden mały krok.
Nawet 1 zł może pomóc!

Piotrek
Powodzenia!