Zbiórka Gdzie spędzimy święta? - miniaturka zdjęcia

Gdzie spędzimy święta?

Mały Arkadiusz - awatar

Mały Arkadiusz

Organizator zbiórki

Nazywam się Arkadiusz. Mam 4 lata. Bardzo lubię układać klocki, puzzle, czytać książeczki i bawić się figurkami dinozaurów oraz pociągami. Choć pozornie wszystko u mnie w porządku - widzę, mam sprawne nóżki i rączki, rosnę prawidłowo - to jednak w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Najgorsze jest to, że kompletnie nie wiem, gdzie w tym roku będę spędzał święta Bożego Narodzenia...

Moi rodzice starają się z całych sił, bym mógł być szczęśliwy, jednak los cały czas przynosi nam coraz to nowe problemy i nieszczęścia, które, choć z pozoru nieduże, które w połączone w całość sprawiają, że jest nam potwornie ciężko i praktycznie każdy kolejny dzień jest walką o przetrwanie. Cały czas szukamy swojego miejsca na świecie. Miejsca, które będziemy mogli nazwać domem i w którym będziemy mogli zostać na dłużej, mając możliwość spokojnego funkcjonowania.

Zacznę moją opowieść od tego, że mama z tatą pochodzą z bardzo biednych rodzin, gdzie zawsze były problemy finansowe. Przełożyło się to też na nasze życie - nie mamy się do kogo zwrócić z prośbą o pomoc (a ci spośród naszych krewnych, którzy byliby w stanie pomóc, w ogóle nie interesują się naszym losem).

Rodzice taty to alkoholicy, na których nieszczególnie możemy liczyć - z tego też względu nie byłoby możliwe zamieszkiwanie z nimi pod jednym dachem. Zresztą są oni już po rozwodzie. Ojciec mojego taty, mój dziadek, mieszka w malutkim, 2-pokojowym mieszkaniu wraz ze swoimi rodzicami. Nie pracuje i najwyraźniej nie ma zamiaru tego zmieniać, choć ma w ręku wszystkie możliwości ku temu, by zmienić zarówno swoją sytuację, jak i wspomóc syna i wnuka. Matka taty, moja babcia, zamieszkuje cały czas jego dom rodzinny  - duży wolnostojący budynek o 7 pokojach i z ogrodem, gdzie bez problemu wszyscy moglibyśmy się zmieścić. Niestety, po rozwodzie popadła w alkoholizm (choć przecież wcześniej to właśnie alkohol był sprawcą wszystkich rodzinnych kłopotów) i sprowadziła do domu człowieka o kryminalnej przeszłości, całkowicie niepoczytalnego (dość rzec, że aktualnie, z tego co nam wiadomo, odsiaduje on wyrok za pobicie i groźby w stosunku do mojej babci, mamy mojego taty). Aktualnie u jej boku znajduje się kolejny mężczyzna, jednak za jakiś czas odsiadkę zakończy poprzedni. Wszystko to sprawia, że praktycznie nie możemy wrócić do domu rodzinnego mojego taty. Zresztą babcia nie cierpi mojej mamy (nie mam pojęcia dlaczego - może dlatego, że "zabrała" ona mojego tatę, czyli syna-jedynaka, który przestał "sponsorować" alkohol babci pieniędzmi otrzymywanymi ze stypendiów na studiach?). A przecież wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej i powinniśmy mieć możliwość spokojnego zamieszkania tam całą rodziną.

Mama pochodzi z maleńkiej, wyludniającej się powoli miejscowości. Mieszkała w rozpadającej się niedużej lepiance, która z roku na rok jest w coraz gorszym stanie - nie ma tam centralnego ogrzewania, szczelnych okien, suchych ścian. Niestety, jej rodzice, a moi dziadkowie ani myślą się wyprowadzać stamtąd, a nie stać ich ani na remont, ani na kupno czegoś innego. Wielokrotnie proponowaliśmy, by sprzedali tamtą nieruchomość i zamieszkali razem z nami w wynajmowanym domu, który pomieściłby dwie rodziny - wówczas bez problemu bylibyśmy w stanie go utrzymać i wzajemnie sobie pomagać. Mimo, że bardzo chcieliby mieć kontakt ze mną, to ich podejście do sprawy za każdym razem zamyka się w porzekadle "starych drzew się nie przesadza". Dziwi mnie to, gdyż zarówno babcia, jak i dziadek to osoby starsze, z licznymi problemami zdrowotnymi, którym nie służy mieszkanie w starej ruderze. A najgorszy jest nawet nie sam stan budynku, ale to, że znajduje się on w swoistym "centrum rodzinnych plotek”, gdzie wszyscy nieustannie wszystkich obmawiają (a nas, osoby o najgorszej sytuacji, obmawiają w największym stopniu). Bardzo chciałbym, aby dziadkowie zamieszkali razem z nami, jednak chyba nigdy do tego nie dojdzie.

Gdy byłem mały cierpiałem na nadwrażliwość na bodźce, szczególnie dźwiękowe. Oprócz tego miałem i cały czas mam rozmaite problemy alergiczne, które sprawiają, że wymagam nieco innej diety (dodajmy - kosztowniejszej) niż moi rówieśnicy. Niestety, niemal każdy z krewnych, komu rodzice o tym mówili, uznawał ich za wariatów i stwierdzał, że przesadzają i że wystarczyłoby nieco brudu i wiejskiego wychowania, a zaraz bym wyzdrowiał. Szkoda, że żadna z tych osób nie musiała znosić tyle swędzenia, drapania i stresu. Ale przecież nie byliby oni sobą, gdyby nie wypowiedzieli się na tematy, na których kompletnie się nie znają...

Widzieliśmy, że niemożliwym będzie znalezienie mieszkania, które będzie prawdziwie ciche (a tylko w takim mógłbym normalnie funkcjonować), ale mimo to próbowaliśmy. Bezskutecznie. Mieszkaliśmy w Poznaniu w kilku różnych mieszkaniach. Niestety, w każdym z nich trafialiśmy na uciążliwe, hałaśliwe (zarówno w dzień, jak i w nocy) sąsiedztwo, widzące tylko czubek własnego nosa i potrafiące jedynie zasmradzać całą okolicę dymem papierosowym. Sprawiało to, że niemożliwy był normalny wypoczynek i funkcjonowanie.

Jako, że nie mogliśmy zamieszkać u nikogo z najbliższej rodziny, musieliśmy opłacać drogi wynajem mieszkania. Zarobki taty (mama, nie mając pomocy i wsparcia babcino-ciocinego, musiała być w domu i zajmować się mną, gdyż pobyt w żłobku, ze względu na moje dolegliwości i wysokie koszty, nie był możliwy) ledwie wystarczyły na czynsz. Tata próbował zarobić dodatkowe pieniądze, jednak nie miał możliwości, by poświęcić na to wystarczająco dużo czasu, ponieważ musiał być przy mamie, by wspierać ją w opiece nade mną. Z tego względu, aby móc jakoś przeżyć, zadłużaliśmy się coraz bardziej. W końcu nie byliśmy w stanie spłacać zaciągniętych zobowiązań. Pojawili się windykatorzy i komornicy.

Pieniądze nie były wydawane na przyjemności - wszystko było wydawane na "przetrwanie": żywność, ubrania dla mnie, potrzebną w domu chemię gospodarczą. Rodzice nie palą papierosów ani nie piją alkoholu (co mnie bardzo cieszy) i nie mają żadnych innych nałogów. Często chodzili oni głodni, w starych ubraniach i butach - tak, by wystarczyło chociaż na moje potrzeby. Wbrew wszystkim osobom, które potrafiły doradzić jedynie pozostawienie wszystkiego i wyjazd za granicę, zostaliśmy na miejscu - skoro prawie nie mamy wsparcia w rodzinie czy znajomych, to chcemy przez cały czas trzymać się razem. A trzymać razem chcemy się tutaj, w Polsce.

Mama próbowała poprawić naszą sytuację, zakładając działalność gospodarczą. Miał to być sklep internetowy z artykułami dla kotów oraz dla ich właścicieli. Prowadząc go, mama pragnęła połączyć dwie rzeczy - swoją pasję do kotów oraz możliwość pracy w domu, tak by mieć sposobność opieki nade mną. Niestety, stworzenie sklepu internetowego wymaga bardzo dużego nakładu czasu i pracy. Mieliśmy nadzieję, że może tym razem wreszcie ktoś nam pomoże. I to nie tyle finansowo, co bardziej w opiece nade mną, tak by rodzice mogli rozwinąć sklep i wreszcie stanąć na nogi - zostało to zresztą obiecane przez dziadków, jednak były to tylko puste słowa. Niestety, i tym razem nie otrzymaliśmy pomocy od nikogo. Tata praktycznie nie mógł już podjąć normalnej pracy, bo jego pensja zaraz była zajmowana przez komornika. Nasza sytuacja stawała się coraz gorsza...

W końcu, z uwagi na to, że praktycznie nie mieliśmy wsparcia u naszych krewnych (którzy potrafili jedynie przyjechać do nas jak do ZOO - pooglądać nas i przy okazji posłuchać co nieco o naszej sytuacji, jednak bez żadnego zamiaru pomocy), postanowiliśmy, że przeprowadzimy się w miejsce, gdzie będzie do wynajęcia niedrogi dom wolnostojący. Nie przerażała nas perspektywa starego wnętrza, braku luksusów (których do tej pory i tak nie zaznaliśmy) czy też palenia w piecu - rodzice znają to z dzieciństwa. Chodziło nam o to, byśmy mogli wreszcie normalnie, w spokoju wypocząć oraz bym mógł rozwijać się z dala od miejskiego zgiełku, smrodu i hałasu. Z dala od miejskich parków, gdzie co krok trzeba uważać, by nie wdepnąć w "miny", zostawiane tam przez różnej maści czworonogi. Moi rodzice zamierzali porzucić wszystko, co do tej pory znali, byle tylko stworzyć mi możliwość normalnego, spokojnego funkcjonowania.

W końcu udało nam się znaleźć odpowiedni dom.

Nie mieliśmy możliwości wcześniejszego przyjazdu w celu oględzin domu (wiązałoby się to z niemal dwudniową podróżą pociągiem w tę i z powrotem i dużymi kosztami), jednak właściciel, starszy pan, któremu nie mieliśmy powodu, by nie wierzyć, zapewniał nas o tym, że wszystko w domu będzie świetnie przygotowane. Rodzice kilka razy w rozmowie wspominali, że mam problemy alergiczne i skórne, przez co wymagam trzymania reżimu porządkowo-sprzątającego. Zapewniano nas, że nie musimy się niczym martwić, że wszystko będzie pomalowane i posprzątane, że na miejscu będą meble takie, jakich oczekujemy (czyli po prostu nadające się do użytku - bez różnicy, czy nowe, czy stare). Niestety, po przyjeździe z całym naszym dobytkiem, okupionym ogromnym wysiłkiem, okazało się, że jest zupełnie inaczej.

Przywitały nas niepomalowane ściany, pleśń na oknach oraz w łazience, szafka pod umywalką przegniła od wilgoci, ogromne pajęczyny i kurz za meblami (które były przecież świeżo wstawione i nie powinno być problemu z ich posprzątaniem) posklejana taśmą klejącą, zapleśniała lodówka z niedomykającym się zamrażalnikiem, przerdzewiała pralka z rozpadającą się gumową uszczelką i szufladą czarną i zaklejoną od detergentów, brudny piekarnik z rozbitą przednią szybą i zardzewiałymi blachami do pieczenia oraz stare, zniszczone meble (wcześniej zapewniano nas, że wszystkie meble będą w podobnym standardzie, jak na zdjęciach widocznych w ogłoszeniu o wynajmie domu, pokazujących ładne meble, należące do poprzednich lokatorów). Zapewniano nas, że wszystko, co nam nie pasuje, co jest zepsute, zostanie szybko wymienione. Niestety, na obietnicach się skończyło. Gdy tylko właściciel (a właściwie ojciec właścicielki, działający z upoważnienia notarialnego) zabrał pieniądze za pierwszy czynsz, zaczął się wycofywać ze wszystkich obietnic. Ostatecznie żeby móc normalnie funkcjonować, byliśmy zmuszeni do kupienia własnej pralki oraz lodówki. Wcześniej poświęciliśmy wszystkie oszczędności na przeprowadzkę i kaucję (dodam, że była ona zapłacona za dom, w którym okazało się, że nie ma niczego wartościowego). Niemal zostaliśmy bez środków do życia...

Ojciec właścicielki bez uprzedzenia nachodził nas, nigdy nie umawiając się wcześniej. W ogóle nie respektował tego, że podpisaliśmy umowę wynajmu i że należy się nam poszanowanie prywatności, nawet jeśli jesteśmy w domu jego córki. Dodam też, że w planach było gruntowne wykańczanie poddasza (nie muszę chyba pisać, z jakim brudem i hałasem byłoby to związane, a przecież wiedziano, że przyjeżdżamy w poszukiwaniu ciszy i spokoju - wcześniej oczywiście ani słowem nie wspomniano o tym, że miałby być przeprowadzany remont), jednak udało nam się uzyskać podpis pod oświadczeniem, że w czasie trwania umowy nie będą wykonywane żadne prace remontowe. Musiało to rozjuszać tego człowieka coraz bardziej.

W międzyczasie dowiedzieliśmy się od sąsiadów i mieszkańców wsi (zdziwiło nas ogromnie, że jest tyle osób, które tak zgodnie nie cierpią ojca właścicielki domu - musiał on wszystkim mocno zajść za skórę), że poprzednia lokatorka, mieszkająca w tym domu przed nami, wcale nie uciekła z domu, zostawiając bałagan i długi (jak to było nam przedstawione), lecz została z niego wyrzucona. Najpewniej dlatego, że ojcu właścicielki nie spodobało się, że owa pani, mająca dzieci z poprzedniego związku, związała się z kolejnym mężczyzną. Dowiedzieliśmy się też, że dom, który wynajmujemy, jest starą, drewnianą konstrukcją w straszliwym stanie i został tylko "z wierzchu" przykryty oraz przemalowany, zaś konstrukcyjnie to rudera, która powinna zostać rozebrana (jakiś czas przed naszym wynajmem mieszkali w nim robotnicy budujący w okolicy odcinek autostrady A4 - doszło wówczas do zawalenia się sufitu, który nie wytrzymał ciężaru osób chodzących po nim - oczywiście dowiedzieliśmy się tego od sąsiadów).

Kroplą, która przelała czarę, było wymuszenie płatności za wodę ze studni znajdującej się na działce z domem, argumentowane przez tamtego człowieka tym, że "to moja woda". Wcześniej, zarówno w ogłoszeniu, jak i w rozmowach telefonicznych, zapewniano nas, że woda jest z własnego ujęcia za darmo, że nie trzeba za nią płacić - to był jeden z czynników który przekonywał nas, rodzinę o skromnym budżecie, do wynajmu. Ani słowem nie wspomniano o tym, że będą nam naliczane opłaty za jej zużycie. Gdy mówiliśmy o tym i pokazaliśmy treść ogłoszenia, ojciec właścicielki twierdził, że to nie on, a córka pisała ogłoszenie i nie widział, co tam było (była to jego częsta praktyka - gdy pojawiała się niewygodna sprawa, mówiono nam, że nie można podjąć decyzji, bo to córka jest właścicielką nieruchomości). Oczywiście on sam zdążył "zapomnieć" o tym, że zapewniał nas o całkowitej darmowości wody - mieliśmy płacić tylko za prąd oraz ścieki.

Gdy powiedzieliśmy, że nie mamy zamiaru płacić, gdyż nie było to wcześniej ustalane i nikt o tym nie mówił, zostaliśmy zastraszeni natychmiastowym wypowiedzeniem umowy (podobnie jak wcześniej, gdy próbowaliśmy porozumieć się w kwestiach wymiany zepsutych sprzętów). Grożenie zerwaniem umowy było jedynym argumentem, który pojawiał się w ustach tego człowieka. Nie trafiały do niego żadne racjonalne argumenty czy też odwoływanie się do zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości i uczciwości - w końcu przyjechaliśmy prawie 700 km nie po to, by kogoś oszukać, a licząc na to, że będziemy mogli spokojnie wynajmować dom. Tymczasem byliśmy strofowani tym, że powodujemy tyle stresu, że jesteśmy oszustami, że zawiedziono się na nas.

Gdy minęło kilka dni od ostatniej wizyty ojca właścicielki, otrzymaliśmy od niego kuriozalny list (napisany swego rodzaju "wiejską" polszczyzną, pokazującą, że pisząca go osoba próbowała udawać mądrzejszą, niż jest, jednak nie do końca się to jej udało) powołujący się m.in. na BHP, (które to przepisy przecież nie mają zastosowania do osób fizycznych), w którym w dalszym ciągu grożono nam natychmiastowym wypowiedzeniem umowy w ciągu 7 dni (mimo, że sama umowa dopuszcza jako najkrótszy okres wypowiedzenia minimum miesiąc, a i to tylko w szczególnych przypadkach). Dostaliśmy też na tym piśmie informację, że instalacja elektryczna w domu jest w fatalnym stanie i mamy kategoryczny zakaz ogrzewania piecykami elektrycznymi, choć jakieś 2 tygodnie wcześniej, na naszą wzmiankę o tym, że dom w nocy strasznie szybko się wychładza (oczywiście wcześniej zapewniano nas, że jest bardzo ciepły i nie trzeba wiele, by panowała w nim normalna temperatura), otrzymaliśmy poradę, że będziemy musieli sobie kupić piecyk elektryczny i włączać go w nocy.

Nie wiemy, czy instalacja faktycznie jest w takim stanie (co jest bezprawne, bo przed oddaniem domu do wynajmu wszystko powinno przecież zostać naprawione lub chociaż powinniśmy zostać o tym poinformowani), czy też to kłamstwa, mające na celu przestraszenie nas. W każdym razie mamy już wszystkiego dość i chcemy uciekać stąd jak najszybciej, jak najdalej od tego człowieka. Boimy się jednak, że w swoim braku przyjmowania racjonalnych argumentów i przekonaniu o swojej jedynej słusznej racji, będziemy dalej ścigani i straszeni sądami, a także że nie otrzymamy zwrotu kaucji (o czym zresztą zostaliśmy poinformowani we wspomnianym liście, gdyż mają z niej zostać potrącone straty za rzeczy, które rzekomo mogły ulec uszkodzeniu, a w rzeczywistości są zabezpieczone albo na poddaszu, albo w stodole na posesji, albo zostały zabrane przez osoby przysłane przez ojca właścicielki - owych rzeczy zresztą nie ma ujętych w protokole zdawczo-odbiorczym, który był zaakceptowany i podpisany przez ojca właścicielki).

W tej chwili nerwowo i ze smutkiem spędzamy kolejne dni. Kompletnie nie wiem, co robić. Moja mama często płacze, a ja nie mogę jej w żaden sposób pocieszyć. A najbardziej martwię się tym, że nie wiadomo, gdzie spędzimy święta i czy będziemy mieć choinkę. Nikt nie chce nam pomóc, nie mamy już pieniędzy na kolejną przeprowadzkę, a bardzo chcielibyśmy przenieść się w miejsce, gdzie nikt nas nie oszuka i gdzie wreszcie będziemy mogli spokojnie mieszkać i próbować wreszcie stanąć na nogi. 

Z tego względu postanowiłem prosić o pomoc - jeśli ktoś nie może wesprzeć nas materialnie, to może wie, kto byłby w stanie pomóc nam w takiej sytuacji. Być może ktoś chciałby przyjąć nas do swojego domu albo potrzebuje uczciwych osób do pracy. Będziemy wdzięczni za każde okazane nam wsparcie.

Wybierz kwotę

Mały Arkadiusz - awatar

Mały Arkadiusz

Organizator zbiórki

Wpłaty - 0

Uważasz, że ta zbiórka zawiera niedozwolone treści ? Napisz do nas

Jak to działa?

1

Stwórz zbiórkę

Podaj kwotę, uzupełnij opis, gotowe!

2

Udostępnij

Zapraszaj do wsparcia zbiórki.

3

Zbierz pieniądze

Wykorzystaj najlepsze narzędzie w sieci.

Pomagam.pl wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej

Zamknij

Pomagam.pl korzysta z plików cookie na zasadach opisanych w polityce prywatności, która uległa zmianie. Dowiedz się więcej.