Stowarzyszenie Koty Prezesowej
Mioty z października rodzą się na granicy.
Nie tylko pór roku, lecz także sensów: pomiędzy życiem, które jeszcze się nie umocniło, a światem, który nie zamierza na nie czekać.
Te kocięta przyszły na świat zbyt późno.
Ich ciała nie zdążyły nauczyć się świata, a świat nie miał zamiaru się zatrzymać.
Nie urodziły się w dzikiej przestrzeni, którą łatwo nazwać „naturą” i w ten sposób zdjąć z siebie odpowiedzialność.
Urodziły się z domu człowieka.
A to zmienia wszystko.
Złapałyśmy je.
Leczyłyśmy.
Karmiłyśmy z uważnością, jakby każdy gest mógł jeszcze coś odwrócić.
Ogrzewałyśmy, szczepiłyśmy, czekałyśmy.
I mimo tego wszystkiego — odeszły.
Calvados.
Van.
Cztery kociaki z Amigo.
Nie zabił ich brak troski.
Zabiła kruchość wpisana w początek, który był spóźniony.
Zabił je świat, który nie jest okrutny — tylko obojętny.
Z całego miotu żyje tylko Szajba.
Jagon jest słaby.
Pupa również — jej życie wciąż wymaga czujności.
Hamlet i Desdemona trwają, ale to trwanie jest delikatne, jakby jeszcze bez decyzji, po której stronie pozostaną.
Zostały po tych, którzy odeszli, zdjęcia.
I świadomość, że nawet gdy człowiek zrobi „wszystko”, nie znaczy to, że świat odpowie tym samym.
Mikołejko pisał, że stworzenie jest bytem, który zawsze przychodzi z długiem — a dług ten spada na człowieka.
Nie dlatego, że człowiek jest lepszy.
Lecz dlatego, że jest jedynym, który może go rozpoznać.
Ta zbiórka trwa dalej.
Nie jako akt wiary w cud.
Ale jako gest odpowiedzialności wobec tych, którzy jeszcze są.
Bo są jeszcze oczy, które patrzą.
Ciała, które drżą.
Istnienia, które nie pytają „dlaczego”, tylko czy ktoś zostanie.
Dziękujemy, że jesteście.
Nie po to, by uspokoić sumienie.
Lecz po to, by razem unieść ciężar bycia po stronie słabszych.













