Fundacja Przytul Kota
Ostatnich kilka dni było dla nas niezwykle trudnych. Zanim zdążyły wyschnąć łzy po odejściu Tiary, przyszło nam pożegnać się z jeszcze jednym naszym podopiecznym - ta zaś strata uderzyła wyjątkowo mocno…
Misior trafił do nas w marcu tego roku z długą listą dolegliwości i niewielkimi szansami na powrót do zdrowia. Kocurek miał jednak apetyt na życie - wspólnymi siłami, krok po kroku, wyprowadzaliśmy go na prostą… aż w czerwcu przyszła druzgocąca diagnoza: nieoperacyjny guz mózgu. Nie sposób było orzec, ile czasu ma jeszcze Misior - mogły być to tygodnie, miesiące, może, w najbardziej optymistycznym scenariuszu, rok. Niestety, przy tego typu schorzeniu, niemożliwym było sprecyzowanie rokowań. Wierzyliśmy jednak, że będzie to jeszcze parę miesięcy. Może chociaż do zimy, może nawet do przyszłej wiosny…
Rzeczywistość zadała jednak bolesny cios. Od tygodnia coś wyraźnie zmieniło się w zachowaniu Misiora - zawsze tak chętny do czułości, zainteresowany tym, co dzieje wokół, głośno nawołujący uwagi człowieka, nagle zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Zupełnie się zawieszał i odcinał od otoczenia. Stracił apetyt. Dotyk ludzkich dłoni, który tak bardzo kochał, nagle zaczął sprawiać mu ból, na który reagował agresją i strachem. Wiedzieliśmy, że to już nie nasz Misior, a jego guz, który rozrastając się nieubłaganie, musiał zacząć uciskać newralgiczne obszary mózgu.
Decyzja o tym, by pomóc odejść Misiorowi za Tęczowy Most, była szalenie trudna. Wiedzieliśmy jednak, że w stanie, w którym się znalazł, pozostały mu czas mogliśmy liczyć już raczej w godzinach, nie dniach. A gdybyśmy nie zareagowali we właściwym momencie, śmierć mogłaby uderzyć agresywnie i boleśnie. Nie mogliśmy pozwolić, by nasz Misiorek umierał w męczarniach…
Nieobecność Misiora czujemy na każdym kroku - Mruczarnia nie jest już tym samym miejscem bez jego głośnych nawoływań i stałego towarzyszenia podczas wykonywania codziennych, rutynowych obowiązków. Minie dużo czasu, zanim pustka, którą po sobie zostawił, przestanie tak mocno boleć.
W imieniu Zarządu Fundacji chcielibyśmy podziękować wszystkim, którzy wspierali naszego Misiorka, najserdeczniej zaś naszym Wolontariuszom, którzy podczas wizyt w Mruczarni nigdy nie żałowali swego czasu i czułości temu cudownemu kocurkowi. Te chwile absolutnego szczęścia, gdy nosiliście Misiora na rękach, pozwalaliście wtulać mu się w ramiona i drzemać na kolanach, w pewnym stopniu zbliżyły go do doświadczenia posiadania własnego domu, który tak desperacko pragnęliśmy mu znaleźć. Dzięki Wam zaznał czułości i miłości, które zdawały się być mu potrzebniejsze do życia, bardziej nawet niż jedzenie czy tlen.
Misior był kotem jednym w swoim rodzaju. Jego oddanie i miłość względem człowieka, nie miały granic. Nie sposób opisać, jak bardzo boli to, że właśnie jemu nie dane było znalezienie prawdziwego domu…
Misiorku! Choć to niewiele, to staraliśmy się zrobić dla Ciebie wszystko, co było w naszej mocy. Nigdy o Tobie nie zapomnimy i zawsze będziemy Cię kochać.










